3.09.2010
Kto może spać spokojnie
Nawet CIA przyznaje, że w 1989 r. średnia długość życia mężczyzn w ZSRR
wynosiła 64 lata, gdy tymczasem w roku 2007, po upadku Kraju Rad,
zmniejszyła się do 59 lat. Jest więc niższa niż w latach 50-tych oraz
niższa niż pozostałych 158 państwach, w tym Papui Nowej Gwinei, Indiach
oraz Iraku.
Tymczasem z rankingu magazynu "Finans" wynika, że pomimo kryzysu,
latorośle rosyjskich oligarchów mogą spać spokojnie, w przeciwieństwie
do milionów ludzi pracy:
"Liczba
spadkobierców mogących liczyć na miliard i więcej dolarów posagu lub
spadku wzrosła u nas w zeszłym roku o 1,5-raza i wynosi 86 osób".
Najzamożniejszym dziedzicem miliardowej fortuny jest dziś 20-letni
Jusuf Alekpierow, jedyny syn właściciela naftowego giganta Łukoilu
Wagita Alekpierowa, którego bogactwo szacuje się na 10 miliardów
dolarów. Jak na razie młodzian jest studentem i nie wiadomo czy będzie
zajmował się grabieżą majątku narodowego (jak tatuś), czy też podąży
inną ścieżką. Warto wspomnieć, że większość bogactw skupiona jest w
rękach garstki wyzyskiwaczy: Z ostatniego rankingu "Forbesa" wynika, że
w Rosji mieszka 62 dolarowych miliarderów (najwięcej w Europie). RFN
plasuje się na drugim miejscu, z pięćdziesięcioma trzema wielkimi
kapitalistami.
Zwycięstwo kontrrewolucji odebrało masom ludowym nie tylko prawa
polityczne i ekonomiczne przysługujące im za czasów socjalizmu, ale
pchnęło mieszkańców Rosji na drogę biologicznego wyniszczenia. Z potu i
krwi pracujących oraz bezrobotnych, rosną bajeczne fortuny
bandytów-oligarchów, którzy od roku 1991 odbierali społeczeństwu
ziemię, zakłady przemysłowe i godność. Jedno jest pewne: Tryumf
szabrowników jest chwilowy, a gdy Władza Radziecka powróci, nadejdzie
czas sądu i zapłaty...
***
1.09.2010
Dzięki UE zdrożeją także
podręczniki
Rząd postanowił zwiększyć w nadchodzącym roku stawkę podatku VAT na
książki i prasę specjalistyczną do 5%. Wydawcy już zapowiadają, że cena
tych publikacji (w tym podręczników szkolnych i akademickich) wzrośnie
więc co najmniej o 10%.
"31 grudnia 2010 roku upływa w
Polsce okres obowiązywania zerowej stawki VAT dla książek oraz prasy
specjalistycznej - kończy się okres przejściowy na stosowanie
preferencyjnych stawek VAT, wynegocjowany przez Polskę przed
przystąpieniem do Unii Europejskiej, a przedłużony w 2007 roku. W
sobotę Ministerstwo Finansów zapowiedziało, że od 1 stycznia 2011 r.
stawka VAT na książki wzrośnie do 5% Rzecznik MF Magdalena Kobos
zapewniła, że resort starał się o kolejne przedłużenie preferencyjnych
stawek, ale odpowiedź, jaką otrzymało z Brukseli, nie pozostawia
wątpliwości - nie ma takiej możliwości." - informuje portal
Onet.pl
Księgarze i wydawcy oznajmiają, że ceny książek zwiększą się również w
wyniku podniesienia ogólnej stawki VAT, a co za tym idzie podrożenia
elektryczności, papieru i benzyny. Prezes Polskiej Izby Książki
alarmuje:
"Obecnie tylko 38% Polaków
deklaruje lekturę choć jednej książki rocznie. Po wzroście cen możemy
spodziewać się, że ta śmiesznie mała liczba jeszcze spadnie. (...)
Czytelnictwo maleje proporcjonalnie do wzrostu cen książek. Grozi nam
zapaść."
Pracownicy firm zajmujących się badaniem rynku wydawnictw są zgodni:
"Specyfika VAT-u jest taka, że jego stawka
naliczana jest na każdym etapie wystawiania faktur, czyli wydawca
sprzedając hurtownikowi naliczy 5% VAT, a hurtownik to samo zrobi przy
sprzedaży księgarzowi. (...) Realny wzrost cen książek może być większy
niż 10%. Wiele będzie zależało od polityki wydawców. W przypadku
bestsellerów, książek wysokonakładowych, czyli w tych segmentach rynku,
gdzie konkurencja jest duża, można liczyć na to, że wydawcy w znacznym
stopniu wezmą podwyżkę VAT na siebie, ograniczając swoją marżę.
Natomiast na pewno bardzo wzrośnie cena książek naukowych i publikacji
niskonakładowych. (...) Dystrybutorzy książek skorzystają z okazji,
żeby wyczyścić sobie magazyny ze starszych tytułów pod pretekstem, że
zwracają te książki, które wprowadzili do obrotu ze stawką zerową, i
które muszą po zmianie VAT wycofać ze sprzedaży w obawie przed urzędem
skarbowym."
Wszyscy na własnej skórze odczuwamy dziś różnicę między ustrojem
socjalistycznym a kapitalizmem. Polska Ludowa zlikwidowała
analfabetyzm, zapewniła całemu społeczeństwu - po raz pierwszy w
dziejach ziem między Bałtykiem a Tatrami - dostęp do powszechnej i
bezpłatnej edukacji. W roku 1950 nakład "Pana Tadeusza" osiągnął 1,5
miliona egzemplarzy, podręczniki zaś były o wiele bardziej wartościowe
merytorycznie i tańsze niż obecnie. W roku 1953 przedstawiciel
katolickiej inteligencji - Tadeusz Mazowiecki - napisał na łamach
"Wrocławskiego Tygodnika Katolickiego":
"Właśnie ludowa ojczyzna przywróciła
godność ludzką milionom prostych ludzi, w olbrzymiej większości
wierzących, przekraczając raz na zawsze stosunki społeczne, w których
urodzenie czy majątek decydowały o wartości człowieka, otwarła dzieciom
robotników i chłopów dostęp do nauki i kultury i buduje w niezwykle
trudnych warunkach powojennego życia podstawy lepszego bytu".
(Krzysztof Pilawski, "Skąd się biorą komuniści", Warszawa 2005, str.
90-91). A jak jest dzisiaj? Wystarczy spojrzeć...
***
30.08.2010
Prawda wychodzi na jaw
Coraz więcej izraelskich żołnierek głośno protestuje przeciwko
prześladowaniu ludności palestyńskiej. Jedna z nich mówi dziennikowi
The Guardian:
"Kończąc służbę
czułam, że jestem czymś w rodzaju bomby z opóźnionym zapłonem. Miałam
wrażenie, że zobaczyłam inną, skrzętnie skrywaną twarz Izraela; sprawy,
o których nie mówi się głośno. Tak jakbym poznała wstydliwy sekret
naszego narodu. Nie mogłam milczeć."
Inbar Michelzon rozpoczęła służbę wojskową w 2000 roku, u zarania
drugiej intifady. Wysłano ją wtedy do Erez, na przejście graniczne
pomiędzy Izraelem i Strefą Gazy. Kobieta relacjonuje:
"To było miejsce nieustannych napięć;
strzelaniny i samobójcze zamachy bombowe były na porządku dziennym.
Powoli zaczynałam rozumieć, o co w tym wszystkim chodzi. Podstawowa
zasada była taka, że musimy być bezwzględni w stosunku do Arabów,
ponieważ są naszymi wrogami. Czułam się coraz bardziej osamotniona. Nie
miałam z kim porozmawiać o tym, co uważałam za niesprawiedliwe. Nie
miałam radykalnych poglądów, po prostu czułam się źle widząc, jak moi
koledzy biją i naśmiewają się z Arabów. Wydawało mi się, że to ze mną
coś jest nie w porządku."
Michelzon opowiada, jak zwróciła się z prośbą do dyżurującego na
przejściu oficera, by przepuścił czekającą tam palestyńską kobietę. W
odpowiedzi usłyszała, że może prosić o coś takiego, jeśli kobieta
będzie miała za sobą kilka godzin czekania. Takie sytuacje zdarzały się
codziennie. Po zakończeniu służby, Izraelka - aby uspokoić skołatane
nerwy - wyjechała do Indii. Po powrocie do ojczyzny skontaktowała się z
organizacją humanitarną "Przerwać Milczenie" upubliczniającą świadectwa
żołnierzy okupujących terytoria palestyńskie. Doszła do wniosku, że
czas opowiedzieć o własnych bolesnych, wstydliwych doświadczeniach.
Jakie przeżycie zostawiło w jej pamięci najtrwalszy ślad?
"Razem z grupą żołnierzy wtargnęli do
mieszkania o drugiej w nocy, wyrwali rodzinę ze snu i dosłownie
wywrócili wszystko na drugą stronę. Nie znaleźli żadnej broni. Golan
pamięta, że małe dzieci były przerażone." Pojęła wtedy, że
syjonistyczny reżim robi wszystko, aby w dalszym ciągu nakręcać spiralę
nienawiści, tak by konflikt nigdy nie wygasł.
"Kiedy indziej widziała, jak
żołnierze kradną towar z palestyńskiego sklepu z elektroniką. Próbowała
zgłosić to przełożonym, ale usłyszała tylko, żeby <<trzymała się
z daleka od pewnych spraw>>. Była też świadkiem upokarzania
starszych Palestyńczyków na ulicach miast. Przyszło jej wówczas na
myśl, że mogliby to być jej rodzice lub dziadkowie." - można
przeczytać w The Guardian.
Po opublikowaniu przez żołnierkę Eden Abergil fotografii do których
pozuje ze związanymi Palestyńczykami, w Izraelu rozgorzała dyskusja,
dlaczego autorka nie wstydzi się tego, jak traktowała zatrzymanych.
Coraz więcej ludzi zadaje sobie pytanie, jak długo jeszcze rząd będzie
usprawiedliwiał czystki etniczne koniecznością "walki z terroryzmem".
Sama Michelzon ma swoje zdanie:
"Przez
dwa lata widziałam ludzkie cierpienie i nie reagowałam. To jest dopiero
przerażające. Teraz wiem, że to armia mnie zdradziła. To, co nazywamy
obroną kraju, w rzeczywistości jest niszczeniem naszego życia."
***
28.08.2010
Ich reżim - ich kamienice
Wygląda na to, że III RP "dogania" swą poprzedniczkę z numerem II.
Dowód? Kobieta z kilkorgiem dzieci niebawem trafi do noclegowni dla
bezdomnych, gdyż budynek w którym mieszkała dotychczas, dostał się w
ręce kamienicznika.
Płockie wydanie "Gazety Wyborczej" przyjrzało się losom Pani Grażyny,
która z dwójką najmłodszych dzieci od niemal dekady bytuje w kamienicy
przy ul. Sienkiewicza 28 - lokalu socjalnym przyznanym im przez Urząd
Miasta. Niestety, tak jak inni mieszkańcy, musi zmagać się z
przeciekającymi sufitami, grzybami i ogólnie opłakanym stanem
pomieszczeń. Przed trzema laty Grażyna złożyła w ratuszu podanie o
mieszkanie kwaterunkowe. Wtem pojawiła się właścicielka starej
kamienicy, którą dotąd dysponowało miasto.
"Kobieta ta wypowiedziała nam wysokość
czynszu, ale nadal mogliśmy tam mieszkać. Płaciłam około 240 zł. Już od
kwietnia zaczęła naliczać ogromne odszkodowanie za - jak to ujęła -
nielegalne zajmowanie lokali." - opowiada Pani Grażyna. Dla niej
rachunek wyniósł prawie 2 tys. zł comiesięcznego odszkodowania za około
50-metrowe mieszkanie. Zapłaciła 400 złotych, bo tyle tylko była w
stanie. Właścicielka kamienicy postanowiła sprzedać odzyskaną własność.
Nowy właściciel jest również "człowiekiem przedsiębiorczym". Widać to
na każdym kroku: Wyburzył stajenki, w których lokatorzy składują opał.
Bez ekspertyzy ani wiedzy Powiatowego Inspektoratu Nadzoru Budowlanego
wywiesił tablicę z ostrzeżeniem, że kamienica grozi zawaleniem. Oprócz
tego, ma zamiar uczynić centrum konferencyjno-szkoleniowe tam, gdzie
obecnie znajduje się jego kolejna kamienica - przy ul. Sienkiewicza 30.
Gazeta podkreśla:
"Radosław
Michalski, prezes firmy Chem-line, tłumaczy, że żyjemy w demokratycznym
kraju i on, jako właściciel, ma możliwość żądania takich profitów na
wolnym rynku. Dziwi się za to, jakim prawem Urząd Miasta zasiedlił
lokatorami prywatną kamienicę. Przekonuje, że nie ma na razie planów
względem budynku. Ludzie mogą tam zatem mieszkać, ale muszą płacić
odszkodowanie (jeśli szybko się wyniosą, to właściciel daruje im dług)."
To duże zaskoczenie. Od kiedy to dziennikarze organu burżuazji
demaskują kapitalizm? A może uczynili to niechcący, przez
niedopatrzenie?
Dziennik nawiązuje też do sprawy kompleksu kamienic i oficyn przy ul.
Rybaki i Mostowej:
"Przed wojną
budynki należały do znanej płockiej rodziny Górnickich, potem przejął
je skarb państwa. Urząd Miasta umieszczał tam swoich lokatorów i
administrował nimi. Do czasu. Cztery lata temu Grażyna i Andrzej
Kompińscy, płoccy przedsiębiorcy, odszukali prawowitych właścicieli i
odkupili kamienice oraz oficyny. Sęk w tym, że nadal mieszkali tam
ludzie. Kompińscy podkreślali, że nie chcą mieszkańców wyrzucać na
siłę, chcą spokojnie zaczekać, aż miasto znajdzie dla nich lokale
zastępcze. Po drodze dochodziło do nieprzyjemnych sytuacji: kiedy
miasto zrezygnowało z administrowania budynkami, wygasły umowy z
Wodociągami, z firmą wywożącą śmieci, z zakładem energetycznym na
oświetlenie klatek schodowych. Ostatecznie ratusz zabrał lokatorów
(ostatniego w styczniu tego roku), a Kompińscy niedawno rozebrali
oficyny, zostawiając tylko jedną kamienicę. Na razie nie chcą zdradzać
swoich planów. W ratuszu informują, że nie było jeszcze żadnych rozmów
na linii miasto-przedsiębiorcy w sprawie zagospodarowania tego terenu."
Wszyscy szykanowani, wyzyskiwani i wyrzucani na bruk mogą oczywiście
posłuchać środków masowego przekazu i westchnąć z ulgą, że żyją w
"wolnej Polsce" respektującej "święte prawo własności". Mogą jednak
zrobić coś zupełnie innego, a mianowicie zjednoczyć się i walczyć o
swoje prawa. Ich miejsce jest w szeregach Komunistycznej Partii Polski
- partii, która walczy o pracę i mieszkanie dla każdego człowieka.
***
26.08.2010
Wielki Kryzys nr 2 w USA
Przez lata rządzący Stanami Zjednoczonymi miliarderzy starali się na
wszelkie sposoby odciągać robotników od walki przeciwko kapitalizmowi:
groźbą lub podstępem (włączając przekupienie wielu wysoko postawionych
działaczy związkowych). Nierzadko rzucali ludziom pracy rozmaite
ochłapy, aby odwlec wybuch rewolucji. Mamili wizją "amerykańskiego
marzenia", które ucieleśniał przytulny domek na przedmieściu. Teraz
wszystkie te usiłowania ustąpiły miejsca brutalnej rzeczywistości
kapitalistycznego kryzysu.
Socjaldemokratyczny "The Guardian" informuje, że bezrobocie w Stanach
jest najwyższe od czasów Wielkiego Kryzysu z lat 30. XX w. Życie zawala
się zarówno pracownikom fizycznym jak i drobnomieszczaństwu. Nawet
zwykle przebiegli drobni przedsiębiorcy pogrążyli się w ruinie. Nic
dziwnego, skoro - jak mówi gazecie pewien fryzjer z Camden w stanie New
Jersey - nawet przestępcy z ledwością wiążą koniec z końcem. Wszyscy
bezrobotni mogą pobierać świadczenia socjalne z tej okazji wyłącznie
przez 99 tygodni. Ani dnia dłużej.
Jeśli brać pod uwagę tylko tych Amerykanów, którzy nie zrezygnowali z
poszukiwania zatrudnienia, to "oficjalne" bezrobocie wynosi 9.5%. W
ciągu ubiegłego kwartału ponad milion obywateli USA dołączyło do grupy
tych, którzy całkiem stracili nadzieję na pracę i tym samym wyparowali
z oficjalnych statystyk.
"Ta armia,
licząca łącznie już blisko 6 milionów osób, wciąż rośnie, w miarę jak
kolejni bezrobotni popadają w stan trwałej beznadziei. Badania
pokazują, że z każdym tygodniem na zasiłku szanse na zdobycie pracy
maleją." - pisze magazyn.
Gigantyczne korporacje nie mają zamiaru zatrudniać nowych pracowników.
A wszystko w celu jeszcze wydatniejszego zwiększenia zysków.
"Jednocześnie samorządy i władze stanowe
wprowadzają cięcia, których ofiarą mogą paść następne dziesiątki
tysięcy zatrudnionych. Urzędnicy ograniczają bowiem wydatki na szkoły,
oświetlenie ulic, biblioteki, wywóz śmieci, policję, straż pożarną i
sieć transportu publicznego." Konkretne przykłady, aby nie być
gołosłownym:
"Dzieciom na Hawajach
kazano pozostać w domach przez 17 kolejnych piątków, by ograniczyć
wydatki na szkolnictwo. Na przedmieściach Atlanty zamknięto lokalne
połączenia autobusowe, pozbawiając tysiące ludzi możliwości dojazdu do
pracy. W Colorado Springs wyłączono ponad jedną trzecią ulicznych
latarni, żeby zmniejszyć rachunki za elektryczność". Władze
miasta sprzedały także policyjne helikoptery. W obliczu tych wszystkich
brutalnych zmian, staje się jasne, że tak zwana "klasa średnia" jest
zwykłym mitem głoszonym na użytek kapitalistów. Cała Ameryka rozdziera
się coraz szybciej i głębiej na garstkę bogaczy i gigantyczne rzesze
ludzi, którzy nie mają nic. Paul Krugman - Zapiekły zwolennik
kapitalizmu i zarazem niegdysiejszy doradca Reagana - przyznaje:
"Poziom biedy, jaki dawniej był nie do
pomyślenia, teraz staje się normą".
Przy okazji upadł mit o bezrobotnych jako leniwych cwaniakach:
"58-letnia Anne Strauss przepracowała 35
lat na Long Island jako specjalistka od PR. W czerwcu 2008 roku została
zwolniona. Od tego czasu nie ma dnia, żeby nie szukała nowego
zatrudnienia. Ona i jej mąż żyją z kart kredytowych, patrząc z
przerażeniem na rosnącą górę długów. 62-letni nowojorczyk Steven
Bilarbi przez 37 lat pracował w tym samym przedsiębiorstwie. Od 2007
roku stale poluje na oferty od pracodawców. Żyje z oszczędności i
uszczupla swoją emeryturę." Pan Bilarbi jeździ nawet na "targi
pracy", ale oczywiście bez rezultatu.
"53-letnia Donna Faiella z
Nowego Jorku przez 28 lat odnosiła sukcesy jako montażystka filmowa.
Dziś rozpaczliwie szuka pracy. Jakiejkolwiek. - Będę robić wszystko,
mogę nawet zamiatać podłogi. Nie uśmiecha mi się pobieranie zasiłku. To
cholernie poniżające - mówi zdesperowana kobieta, niemal trzęsąc się ze
złości. Za tydzień straci prawo do zasiłku. - Nie wiem, co robić,
jestem przerażona. Czy zostanę bezdomną? - zastanawia się Faiella. Na
wszelki wypadek zdążyła już sprawdzić schroniska w swojej okolicy."
- pokazuje amerykańską rzeczywistość gazeta.
Samo miasto Camden w New Jersey jest znakomitym przykładem tego, jak
"amerykański sen" przeistoczył się w "amerykański koszmar". Dziennik
informuje:
"Kwitnący niegdyś port
rzeczny staje się przykładem degradacji przestrzeni miejskiej, gdzie
wzdłuż wielu ulic ciągną się niezabudowane działki i opuszczone
budynki. Mieszkańcy Camden mają najniższe średnie dochody w
przeliczeniu na gospodarstwo domowe spośród wszystkich amerykańskich
miast (24 tys. dolarów rocznie). W ubiegłym roku Camden znalazło się w
ścisłej czołówce najniebezpieczniejszych miejsc w Stanach
Zjednoczonych. Według niektórych szacunków co trzeci dom w mieście jest
pusty. Jedna trzecia mieszkańców żyje w ubóstwie, a co piąty nie ma
pracy."
A to dopiero przedsmak tego, co szykuje - dla nas wszystkich - coraz
szybciej gnijący ustrój oparty na bezrobociu, nędzy i wyzysku miliardów
ludzi przez garstkę pasożytów...
***
24.08.2010
Niemiecki zbrodniarz wojenny -
bezkarny
Nikt nie odpowie za masowy mord na afgańskich cywilach dokonany przez
okupantów z Bundeswehry. A już na pewno nie architekt zbrodni,
pułkownik Georg Klein. Ani prokuratura ani armia RFN nie pozwolą, aby
spadł mu choć włos z głowy.
3 września 2009 roku porwano dwie cysterny z paliwem, które miało
trafić do najbliższej bazy Bundeswehry. Klein - dowódca placówki -
wysłał w pogoń oddział komandosów. W oparciu o pochodzące z niepewnego
źródła doniesienia, że sprawcy kradzieży utknęli ze zgubą w otoczeniu
talibskich prominentów u brzegów rzeki Kunduz, Klein rozkazał dwóm
amerykańskim myśliwcom F-15 zniszczyć zbiorniki. W wyniku nalotu
zginęły 142 osoby. Rzecz jasna, do wyciągania ciężarówek z mułu
talibowie zmusili okolicznych chłopów. To właśnie ci zastraszeni cywile
padli ofiarą NATO-wskich wojsk. Jednak, pod presją niemieckiego
społeczeństwa, szychy z NATO musiały pogrozić oficerowi palcem za
łamanie procedur. Póki media interesowały się sprawą, zarówno cywilna
prokuratura, Bundeswehra, jak i parlament udawały, że chcą wyjaśnić
sprawę i wyciągnąć wobec mordercy surowe konsekwencje. Co więcej: Gdy
wyszło na jaw, że szef MON - Franz-Josef Jung - ukrywał skalę zbrodni,
został on pokazowo zdymisjonowany. Po jakimś czasie jednak awansował. I
to wysoko - wprost na cieplutki fotel ministra pracy. Można
przypuszczać, że teraz będzie ukrywał skalę bezrobocia.
Od powrotu z Afganistanu Klein służy jako szef sztabu 13. Dywizji
Grenadierów Pancernych. Opinia publiczna, wierząc zapewnieniom organów
ścigania, była pewna, że bandyta zostanie pociągnięty do
odpowiedzialności za masakrę na cywilach. A tutaj taka niespodzianka:
Prokuratura cywilna i wojskowa odmówiły wszczęcia śledztwa.
Ministerstwo "Obrony Narodowej" RFN dodało, że pułkownik nie zostanie
też upomniany, bo "nie znaleziono" dowodów na złamanie przez niego
jakichkolwiek przepisów. A przecież sam sprawca wyznał przed komisją
śledczą, że dręczy go sumienie, bo przyłożył rękę do śmierci afgańskich
kobiet i dzieci.
Niemcy są pełni oburzenia z powodu zmowy wojskowych i reakcyjnych
polityków, którzy gotowi są wysyłać (i wysyłają!) niemieckie oddziały,
by grabiły inne kraje i mordowały ich mieszkańców. Jednak głos
społeczeństwa nie jest przez reżim brany pod uwagę. W grę przecież
wchodzą gigantyczne zyski imperialistów i koncernów, choćby
zbrojeniowych. Stawka jest zatem bardzo wysoka. Wygląda na to, że
zasłużona i surowa kara spotka sprawców pohańbienia słowa "Niemiec" -
dopiero w odrodzonej Niemieckiej Republice Demokratycznej.
***
22.08.2010
Przepis na pracownika-robota
"Le Monde" alarmuje, że coraz więcej robotników we Francji, w wyniku
stresu, lęku o swoją "wydajność" i presji ze strony tzw. pracodawców,
popada w nałogi. Wachlarz środków, które są zmuszeni zażywać jest
bardzo szeroki: od napojów energetyzujących aż po heroinę.
Według danych Międzyministerialnej Misji do walki z Narkotykami i
Uzależnieniem (MILDT), aż 10% francuskiego proletariatu nie jest w
stanie pracować bez narkotyków.
"Michel
Hautefeuille, psychiatra z ośrodka Marmottan zajmuje się osobami, które
biorą narkotyki z powodu pracy: Moi pacjenci to nie narkomani, lecz
uzależnieni. Są jak sportowcy, tylko że ich wyścig odbywa się na co
dzień. Narkoman bierze narkotyk dla efektu, który wywołuje. To cel sam
w sobie. Uzależniony traktuje narkotyk jako sposób na zwiększenie
swojej wydajności."
Czasopismo informuje, iż zawody, w których "bierze się" najczęściej to:
kierowcy ciężarówek, marynarze, kelnerzy i personel medyczny.
Hautefeuille wyjaśnia:
"Przychodzą
do mnie też pracownicy poczty. Poczta oferuje coraz więcej usług, a
zatrudnia coraz mniej osób. Ludzie stoją w kolejkach i potem wyżywają
się na pracowniku w okienku. Pracownicy narażeni są na wielki stres."
Beatrice, matka czwórki dzieci, przez dziesięć lat była listonoszką, po
czym przeszła do pracy w dziale sortowania przesyłek. Relacjonuje
gazecie:
"Atmosfera jest coraz
gorsza. Na przykład mój szef, kiedy uzna, że jakiegoś dnia za często
robię sobie <<przerwę na siku>>, chodzi za mną do toalety,
czeka przed drzwiami i notuje, ile czasu tam byłam. W czerwcu zaczęłam
brać leki przeciwlękowe. Czasem przed wyjściem do pracy dzwonię do
mojego lekarza, tak się boję tam iść."
Zdaniem Michela Hautefeuille’a poczucie zagrożenia wzrasta:
"Stres jest silniejszy, bo kryzys sprawia,
że nie wystarczy dobrze pracować, żeby nie bać się utraty posady."
Nicole Aubert, autor książki "Culte de l’urgence", tłumaczy:
"Zarządzanie personelem jest wzorowane na
strategii zarządzania zapasami, zwanej just-in-time. Otóż każdy
pracownik musi być natychmiast skuteczny, czas na adaptację uważany
jest za nieopłacalny, to czas stracony. Wraz ze stresem pojawia się
poczucie, że nie potrafimy stanąć na wysokości zadania. Niektórzy, nie
biorąc twardych narkotyków, potrafią wpędzić się w chorobę pijąc kawę i
napoje energetyzujące typu Red Bull." Magazyn przytacza przykład
pani Mauve, 25-latki kierującej działem public relation w pewnej
paryskiej firmie, która żeby "trzymać poziom" w czasie nawału pracy
piła ponad litr kawy dziennie. A więc piętnaście filiżanek espresso.
Nawet burżuazyjni "eksperci" przyznają, że
"firmy działają trochę jak kluby sportowe:
Dopóki nie wybuchnie skandal, siedzą cicho. Spożycie produktu, wyniki i
wydajność nie stoją już ze sobą w niezgodzie, wręcz przeciwnie -
przynajmniej na krótką metę." Z tą analizą w pełni zgadza się
Sidonie, która pracowała jako kelnerka w klubie nocnym na Korsyce.
Młoda dziewczyna, studentka, brała kokainę, żeby znieść szok całonocnej
pracy. Dziewczyna mówi bez ogródek:
"Nasz
szef wie, że bierzemy kokainę, widzi, że pracownicy co pół godziny
wychodzą do toalety. Nic nie mówi. To go urządza, że mamy nadludzką
siłę".
Widzimy więc, że kapitalizm polega nie tylko na ordynarnym okradaniu
pracownika z wartości dodatkowej, ale oprócz tego na eksploatowaniu go
do granic fizycznej wytrzymałości. Coraz częściej te granice zostają
jednak przekroczone. Wszak na miejsce jednego martwego robotnika,
wyzyskiwacz może nająć któregoś z ogromnej rzeszy bezrobotnych,
gotowych na wszystko, aby nie umrzeć z głodu.
***
20.08.2010
Szprotki zjedzone przez rekiny
W warunkach panowania monopoli, konkurencja staje się szczególnie
rujnująca, zawzięta i bezwzględna. Oto "Dziennik Gazeta Prawna"
informuje, że od początku bieżącego roku aż 761 polskich
przedsiębiorstw zostało postawionych w stan likwidacji i upadłości.
Możliwe, że pod koniec roku liczba ta będzie się kształtować w
granicach dwóch tysięcy. Niektóre sklepy zanotowały spadek obrotów
nawet o 30 %. Sytuacja jest jasna: Handel tonie w długach i nadciąga
fala bankructw.
"W najgorszej sytuacji znalazła
się branża spożywcza. Na koniec czerwca niemal 16 tys. firm zalegało z
płatnościami wobec swoich kontrahentów. Zwiększyła się ogólna kwota z
tytułu przeterminowanych faktur - wyraźnie przekracza już 1 mld zł.
Kryzys zbiera obfite żniwo także w branży RTV i AGD. Popyt na
telewizory w I kwartale był mniejszy o 16 proc., a w II kwartale
sytuacja się nie poprawiła. W magazynach zalegają tysiące odbiorników,
tony kosmetyków, partie sprowadzonych z fabryk pralek i lodówek. Nie ma
ich kto kupować, bo Polacy trzymają gotówkę na czarną godzinę.
Handlowcy obawiają się, że ich sytuację dodatkowo pogorszy wzrost
stawek VAT." - pisze gazeta, nie podając jednak wprost, że ludzi
po prostu nie stać na kupno takich produktów, a poza tym w warunkach
kapitalizmu panuje anarchia produkcji, więc produkcja nigdy nie jest
dostosowana do potrzeb społeczeństwa.
Magazyn dodaje:
"Oczywiście tam
gdzie jedni tracą, inni zyskują. Na kryzys w handlu nie narzekają firmy
windykacyjne. Handel długami rośnie w błyskawicznym tempie. Sama
tylko Grupa Kruk w I półroczu dokonała zakupu wierzytelności o wartości
456 mln zł. Szef Grupy - Piotr Krupa ocenia, że w tym roku portfele
sprzedawanych należności mogą osiągnąć wartość ponad 7 mld zł, a szczyt
sprzedaży nastąpi w latach 2011-2012, gdy banki będą intensywnie
oczyszczały bilanse ze złych długów."
O co w tym wszystkim chodzi? Skąd te plajty? Otóż dawno temu, w okresie
panowania wolnej konkurencji, na rynku zwalczało się wzajemnie wielu
pojedynczych przedsiębiorców. Obecnie wstępują do walki potężne związki
kapitalistów. Opanowują one znaczną część produkcji danego towaru,
wykupują źródła surowców, dysponują za pośrednictwem banków i
towarzystw akcyjnych obrotem środków pieniężnych. Choć monopole nie
obejmują całej produkcji społecznej, to zajmują w gospodarce pozycję
panującą. Wykorzystując ten stan rzeczy, zwiększają swe zyski łupiąc
niemiłosiernie robotników, rolników a nawet odbierają część zysków
przedsiębiorstwom z gałęzi jeszcze nie zmonopolizowanych.
Monopole mogą też sztucznie śrubować ceny na towary. W dobie wolnej
konkurencji, wobec istnienia wielkiej liczby odrębnych przedsiębiorstw,
operacje takie nie mogły być długotrwałe. Gdyby jakiś przedsiębiorca
zaczął sprzedawać towary po wygórowanych cenach, inni kapitaliści wnet
by je obniżyli drogą konkurencji.
"Ale
to już było i nie wróci więcej". Sam rozwój sił wytwórczych
sprawił, że kapitalizm przedmonopolistyczny przerodził się w
imperializm. W efekcie panujące na rynku monopole mogą utrzymywać ceny
przez dłuższy czas na wysokim poziomie, ograniczać rozmiary produkcji w
swych przedsiębiorstwach, zablokować dostęp do surowców a nawet po
prostu zniszczyć zapasy towarów. W ten sposób znaczna część towaru jest
sprzedawana już nie po cenach wolnorynkowych, lecz po cenach
dyktowanych przez wszechwładne monopole.
Dla monopoli sprawą najważniejszą jest pozbyć się konkurenta, zniszczyć
go. W razie potrzeby należy ponosić nawet ofiary. Gdy już dana
organizacja monopolistyczna opanuje całkowicie rynek, może wówczas od
razu podnieść ceny i wyrównać stokrotnie straty poniesione uprzednio.
Oto typowy obrazek z Polski: do małej miejscowości zawitał supermarket.
Najpierw wabił mieszkańców wręcz niewiarygodnie niskimi cenami.
Praktykę tę stosował, dopóki nie upadły wszystkie sklepy spożywcze w
danej miejscowości. Od tej chwili monopolista zdejmował maskę i odbijał
sobie na kupujących wszelkie dotychczasowe wyrzeczenia, windując ceny
tak, jak to mu się podobało.
W ciągu ponad stu lat burżuazja wysławiała pod niebiosa "wolną
konkurencję" jako największą zdobycz cywilizacji, ogłaszała ją
koniecznym warunkiem wolności jednostki, rozwoju inicjatywy i
przedsiębiorczości. I dziś propaganda stara się zamydlić ludziom oczy
taką wizją "kapitalistycznego raju". Jednak w epoce imperializmu
konkurencja -
"wojna wszystkich ze
wszystkimi" - staje się szczególnie rujnująca. Fakt, że wywołuje
tak fatalne skutki, czyni ją bardzo niepopularną w oczach większości
społeczeństwa. W odpowiedzi na to, burżuazyjni krętacze i ich klakierzy
z tytułami naukowymi, zaczęli obłudnie potępiać "nieuczciwą
konkurencję", przeciwstawiając jej "uczciwą konkurencję". Na zjeździe
niemieckich bankierów w Kolonii w roku 1928 wygłoszono nawet specjalny
referat pt. "O konkurencji uczciwej i nieuczciwej". Interesujący jest
ostateczny wniosek referatu, szczerze i otwarcie sformułowany przez
mówcę:
"Uczciwa konkurencja - to
taka, którą ja stosuję wobec swojego konkurenta. Nieuczciwa - to taka,
którą on stosuje wobec mnie". I wszystko jasne.
Na nic się zatem nie zdadzą snute przez rujnowanych drobnych handlowców
marzenia o możliwym powrocie do "prawdziwego" kapitalizmu, gdzie - w
przeciwieństwie do "socjalizmu" (jak błędnie określają oni współczesne
stadium kapitalizmu) - nie dominują monopole. Jedynym wyjściem jest
obalenie kapitalizmu i budowa ustroju socjalistycznego.
***
18.08.2010
Smak wolności dzięki
"Solidarności"
W rezultacie zwycięstwa kontrrewolucji w Polsce w roku 1989 i
przywrócenia kapitalizmu, nastąpiło załamanie gospodarcze. Ogromne
bezrobocie i pozbawienie społeczeństwa zdobyczy socjalnych oraz brak
perspektyw na przyszłość zmusiło miliony Polaków, zwłaszcza młodych, do
emigracji "za chlebem". Lecz na Zachodzie również pogłębia się kryzys
gospodarczy. Uchodźcy z Polski odczuwają go bardzo boleśnie. Często nie
stać ich na mieszkanie i lądują na ulicy. A tam smakują "wolnego
Świata".
Według przytoczonych przez "Gazetę Wyborczą" raportów londyńskich
organizacji humanitarnych, wielu przybyszów z Europy Wschodniej, w tym
Polacy, żyje w tak ogromnej nędzy, że aby nie umrzeć z głodu zmuszeni
są jeść szczury. Jeremy Swain (szef organizacji Thames Reach) przyznał
w rozmowie z dziennikiem "The Guardian", że jego pracownicy widzieli w
Londynie mnóstwo bezdomnych Polaków żywiących się gryzoniami. Megan
Stewart (pracownica Thames Reach) twierdzi, że trzykrotnie widziała tam
szczury piekące się na ruszcie albo gotujące w kociołku nad ogniskiem.
Dodała:
"To najgorsza rzecz jaką
widziałam przez 30 lat pracy z
bezdomnymi". Rzecz jasna podobne przykłady można mnożyć...
Howard
Sinclair stojący na czele organizacji charytatywnej "Broadway"
potwierdził te doniesienia i zaznaczył, że wśród prawie 4 tysięcy
bezdomnych koczujących na ulicach Londynu, wielu jest uchodźców z
"nowych państw Unii" (czyli tych, w których socjalizm został obalony
przez kontrrewolucję), najwięcej z Polski.
Na szczęście zacni i współczujący dżentelmeni z inspekcji żywności
czuwają nad dobrobytem obywateli i cudzoziemców:
"Musieliśmy ich
ostrzec. W odróżnieniu od szczurów w ich krajach, szczury w Londynie są
pełne trucizny. Spożywanie szczurów stanowi niebywałe zagrożenie
zdrowotne".
Tymczasem polskie środki masowego przekazu przy pomocy gigantycznej
kampanii propagandowej starają się hucznie upamiętnić trzydziestą
rocznicę powstania "Solidarności" - związku zawodowego, który zniszczył
państwo ludzi pracy wykorzystując właśnie ludzi pracy. A wszystko w
interesie kapitalistów, którzy uczynili teraz z Polski swoją kolonię,
której ludność i zasoby mogą bezkarnie i bez ograniczeń eksploatować.
Warto przypomnieć, z okazji zbliżającej się rocznicy "porozumień
sierpniowych", że nasi rodacy wegetujący w Londynie - właśnie
"Solidarności" zawdzięczają biedę, poniżenie i niepowtarzalny smak
chrupiącego, dobrze przypieczonego szczura.
***
16.08.2010
Kapitalizm uderza też w młodych
Według raportu Międzynarodowej Organizacji Pracy, globalne bezrobocie
młodzieży w tym roku ma osiągnąć rekordowy poziom. Już ponad 81
milionów z 630 milionów
młodych ludzi na całym świecie, w wieku od 15 do 24 lat, pozostaje
niezatrudnionych. (Wzrost o 7,5 miliona w porównaniu z rokiem 2007).
"Tendencje odnośnie bezrobocia będą miały poważne konsekwencje dla
młodych ludzi, którzy coraz częściej dołączają do grona bezrobotnych" -
podkreślają autorzy opracowania. Według badaczy, obecny kryzys
kapitalizmu najbrutalniej uderzył we wchodzących w dorosłe życie. Juan
Somavia, dyrektor generalny MOP, dodaje: "W obecnej sytuacji inwestycje
w edukację zostaną utracone. Powoduje to, że wielu młodych ludzi
dostaje się w krąg ubóstwa, z którego trudno się wyrwać".
Co o tym wszystkim sądzić?
Poszczególnym ludziom, którzy nie znają ekonomicznych praw rozwoju
kapitalizmu, bezrobocie wydaje się nieszczęśliwym przypadkiem,
rezultatem niepomyślnego zbiegu okoliczności lub osobistej niechęci
przedsiębiorcy. Ale wszystkie niezliczone wypadki bezrobocia
poszczególnych robotników wywołane zostały nie przez zrządzenie losu.
Odkryte przez Marksa prawo akumulacji kapitału wykazuje, że powołanie
do życia stałej rezerwowej armii przemysłu jest nieuniknionym
rezultatem rozwoju kapitalizmu i nieodzownym warunkiem jego istnienia.
Bezwzględna ilość zatrudnionych robotników może się powiększać. W
porównaniu jednak ze wzrostem wielkości całego kapitału, tempo wzrostu
ilości zatrudnionych robotników pozostaje w tyle. W umysłach ludzkich
odbija się to zjawisko w formie wypaczonej. Wydaje się, że absolutny
przyrost naturalny ludności robotniczej dokonuje się szybciej niż
wzrost kapitału zmiennego. W rzeczywistości ludność robotnicza, zbędna
z punktu widzenia potrzeb kapitału, pojawia się tylko dlatego, że
kapitał zmienny rośnie wolniej niż cały kapitał społeczny.
Stąd Marks wysnuwa następujący wniosek: klasa robotnicza, dokonując
akumulacji kapitału, sama stwarza środki produkcji, które zastosowane
jako kapitał wyrzucają robotników na bruk i wytwarzają "zbyteczną"
ludność. Owa ludność rośnie szybciej niż popyt kapitału na siłę
roboczą, ponieważ wprowadzone ulepszenia środków produkcji stosunkowo
coraz bardziej zmniejszają zapotrzebowanie na robotników, zaś innowacje
techniczne, odnawianie całego kapitału trwałego, powodują wyrzucanie
coraz to nowych mas robotników na rynek pracy. Poza tym, ponieważ
wprowadzenie nowych maszyn zawsze pociąga za sobą wzrost intensywności
pracy, to nadmierny wysiłek do jakiego kapitaliści zmuszają robotników
sprawia, że bezrobocie stale się utrzymuje. Ilekroć ludzie pracy
usiłują przeciwstawić się pogłębieniu wyzysku i obniżeniu zarobków,
tylekroć kapitaliści grożą zwolnieniem niepokornych i przyjęciem na ich
miejsce bezrobotnych, gdyż pod naciskiem głodu i nędzy są oni gotowi
podjąć pracę na najnędzniejszych warunkach.
Również wahania płacy roboczej związane są właśnie ze zmianami ilości
bezrobotnych, nie zaś absolutnej liczebności klasy robotniczej. W
okresach ożywienia w przemyśle płaca robocza zwykle wzrasta, gdyż armia
rezerwowa się zmniejsza. Podczas kryzysów liczba bezrobotnych
gwałtownie wzrasta, a płaca robocza spada.
Kapitalista z jednej strony powiększa podaż siły roboczej wyrzucając na
ulicę robotników, których pracę zastąpił maszyną, z drugiej zaś strony
zmniejsza płacę roboczą zatrudnionych robotników i wyciskając z nich
większe ilości pracy unika tym samym konieczności najmowania nowych
robotników.
Czy - jeśli weźmiemy to pod uwagę - kapitaliści mogą na serio dążyć do
zlikwidowania bezrobocia? W żadnym wypadku! Żaden kapitalista nigdy za
nic w świecie nie zgodzi się na całkowitą likwidację bezrobocia, na
zniesienie rezerwowej armii bezrobotnych, której przeznaczeniem jest
przecież wywieranie nacisku na rynek pracy i zapewnianie dopływu tanio
opłacanych rąk roboczych. Jedynym sposobem na odesłanie bezrobocia na
śmietnik historii, jest obalenie kapitalizmu i zastąpienie go ustrojem
socjalistycznym.
***
14.08.2010
Indie umierają z głodu
Nawet wiernopoddańczy wobec kapitalistów "The New York Times" musiał
przyznać, że sprawy na subkontynencie indyjskim nie mają się zbyt
dobrze dla jego mieszkańców. Stulecia wyzysku kolonialnego i obecny
wyzysk imperialistyczny sprawiły, że przeżycie w Indiach jest nie lada
wyzwaniem. Zwłaszcza teraz, gdy drastycznie zwiększyła się liczba
głodujących.
Rządzące krajem ekipy, starając się opóźnić wybuch rewolucji
socjalistycznej, wprowadziły specjalny system dystrybucji żywności,
który w kapitalistycznym kraju poprawił jednak kondycję wyłącznie
najbogatszych. Dlaczegóż to? Gazeta informuje:
"Biedę panującą w wiejskich obszarach
Indii wykorzystują lichwiarze, oferujący pożyczki na horrendalny
procent. Niektórzy rolnicy oddają im swoje kartki na żywność jako
zabezpieczenie. – Ludzie przychodzą do mnie po pieniądze, kiedy
zachoruje im dziecko, albo jak potrzebują gotówki na wyjazd za pracą -
mówi jeden z pożyczkodawców Salim Khan. - Dopóki mi nie zapłacą,
trzymam ich przydziały żywieniowe - dodaje. Khan wykorzystuje kartki
swoich wierzycieli, by kupować dotowane zboże w państwowych sklepach.
Potem sprzedaje je z sześciokrotnym przebiciem. Różnicę w cenie
traktuje jako odsetki od kredytu. - Inni też tak robią". -
tłumaczy się spekulant.
Łapownictwo też jest - nomen omen - chlebem powszednim.
"Rządowi inspektorzy wyłudzają miesięczne
haracze od sprzedawców handlujących dotowanym zbożem. Ci sami
sprzedawcy przekupują lokalnych urzędników. Z kolei lichwiarze wsuwają
pieniądze do kieszeni sprzedawców, żeby ci pozwolili im wykorzystać
kartki żywieniowe i odebrać dotowane zboże, cukier i paliwo."
Reasumując: prawie 3/4 budżetu szacowanego na około 12 miliardów
dolarów jest marnowane, kradzione bądź wchłaniane przez biurokrację i
transport. Efekt? W najbiedniejszych stanach w nędzy żyje około 421
milionów osób - więcej niż w 26 najuboższych państwach Afryki. Około
42% wszystkich indyjskich dzieci poniżej 5. roku życia ma niedowagę.
Dziennikarze burżuazyjnej gazety nie będąc w stanie zataić oczywistych
faktów, zmuszeni są nakreślić prawdziwy obraz kapitalistycznych Indii:
"W ponurym szpitalu okręgowym, gdzie psy
włóczą się po korytarzach w poszukiwaniu jedzenia, dzieci Ratana Bhurii
leżą skulone, wycieńczone i głodne. Czteroletnia Nani waży 9
kilogramów, dwuletni Jogdiya - zaledwie 3,5 kg. Pogrążona w długach
rodzina Ratana powinna otrzymywać tanie paliwo do gotowania oraz
jedzenie dotowane przez państwo - ale nie otrzymuje. Starsze dzieci
powinny chodzić do szkoły, gdzie przysługuje im darmowy obiad - ale nie
chodzą. Takich ludzi jest w całych Indiach mnóstwo. Miejscowe media w
Jhabui informowały niedawno o rosnącej liczbie przypadków śmierci
dzieci w wyniku niedożywienia. Tymczasem Bhuria trzy razy ubiegał się o
przydział żywności i za każdym razem mu odmawiano. Sześć lat temu
mężczyzna wpadł w ogromne długi. Zastawił swoją ziemię w zamian za
pożyczkę w wysokości 150 tysięcy rupii (około 3,2 tys. dolarów)."
A to dopiero początek jego nieszczęść...
"Bhuriowie musieli wyjechać do
sąsiedniego stanu Gudżarat, gdzie znaleźli pracę. Emigrowanie do
Gudżaratu w poszukiwaniu zatrudnienia to wśród rolników z Jhabui
powszechna praktyka, jednak kartki na jedzenie mogą realizować
wyłącznie w swojej miejscowości, więc często mają problem z
wykarmieniem swoich rodzin. Kiedy w lipcu emigranci wrócili do swoich
gospodarstw, by obsiać pola, szpitalne oddziały zaczęły się zapełniać
niedożywionymi dziećmi. - To jest stały cykl - mówi dr I.S. Chauhan ze
szpitala okręgowego w Jhabui. - Matki także są niedożywione. Pracują
cały dzień i nie mają możliwości zajmować się potomstwem - wyjaśnia
lekarz."
Nic więc dziwnego, że ludy Indii powstają przeciwko kapitalistom i
obszarnikom (w tym przeciw kapłanom hinduskim - jednym z największych
posiadaczy ziemskich). Rosną szeregi organizacji komunistycznych i
partyzantki chłopskiej. Jednak burżuazja nie daje za wygraną. Stosując
terror, prowokacje i podsycając waśnie religijne, usiłuje sparaliżować
ruch komunistyczny. W tym celu posługuje się również lewackimi bandami
określającymi się jako "maoiści", które mordują członków i sympatyków
partii komunistycznych. Mimo wszelkich trudności, masy ludowe nie
poddają się i walczą dzielnie o nowe, socjalistyczne Indie.
***
12.08.2010
Rząd uderza w emerytów
Reżim bogaczy ma na celu utrzymanie Polski w zależności od wielkiego
kapitału, a obywateli w nędzy, poniżeniu i wyzysku. W tym celu władze
za pośrednictwem środków masowego przekazu usiłują, między innymi,
szczuć młodych bezrobotnych przeciwko emerytom, a życie ludzi starszych
czynić jak najbardziej uciążliwym.
Od jakiegoś czasu w telewizji, radiu i prasie rozlegają się głosy
szemranych "ekspertów", jacy to emeryci są chciwi, zawistni i leniwi.
Podobno żyjąc zbyt długo, a przechodząc na emeryturę zbyt wcześnie,
stają się ciężarem dla "produktywnej" części społeczeństwa. Ideałem
pismaków są więc ludzie pracujący aż do 75. a nawet - bo czemu nie? -
do 90. roku życia. Harujący do śmierci. Perfidny plan: "Niech Polacy
pracują aż do wykończenia się, a wtedy nie będziemy musieli wpłacać im
świadczeń emerytalnych". Nic więc dziwnego, że prawo przejścia na
wcześniejszą emeryturę dla np. górników to - zdaniem burżuazyjnych
gadzinówek - skandaliczny luksus i przywilej, który trzeba czym prędzej
odebrać. Burżuazji nie obchodzi fakt, że emeryci przez całe życie
ciężko i ofiarnie pracowali, więc nikt tym ludziom łaski nie robi!
Polska jawi się w mass mediach jako kraj, którego nędza wypływa nie z
kapitalizmu, lecz z faktu, że nieliczni "młodzi, wartościowi ludzie"
muszą pracować na coraz liczniejszych ludzi zbędnych, bo starszych i
chorych - na emerytów. Rzecz jasna żaden dyżurny komentator nawet się
nie zająknie, że kapitalizm wygnał miliony młodych Polaków na tułaczkę
za chlebem. Wielu zmuszonych jest imać się najcięższych, najbardziej
niebezpiecznych i najgorzej opłacanych zajęć. Jednak jest bardzo
wątpliwe, aby wrócili do "kraju lat dziecinnych", gdzie czeka ich
bezrobocie i po prostu śmierć głodowa. Ale o tym wszystkim
kapitalistyczna propaganda milczy. Wzywa zamiast tego do "wypełniania
obywatelskiego obowiązku" i... posiadania jak największej liczby
dzieci, aby "było komu utrzymywać emerytów-pasożytów".
Nieistotne dla niej jest, że środki niezbędne do utrzymania i
wykształcenia dziecka przekraczają w dzisiejszym ustroju możliwości
większości Polaków. Oto dlaczego w Polsce Ludowej utrzymywała się
wysoka liczba urodzeń, a w III RP władzom spędza sen z oczu "niż
demograficzny". Jednak ani świeccy ani kościelni wielkorządcy RP nie
martwią się losem obecnych ani przyszłych obywateli. Jest jak w
pochodzącej z l. 90. rymowance: "O polityce prorodzinnej wszędzie pełno
krzyku, a noworodków wciąż przybywa. Tyle że w śmietniku".
Aby zmusić pracujących do zaakceptowania rządowych planów podwyższenia
wieku emerytalnego, "elity" postanowiły:
"Emeryci, pracujący obecnie na etacie,
będą musieli zwolnić się z pracy albo zrezygnować z emerytury.
Dzisiejsi emeryci etatowcy będą więc musieli się zwolnić. Będą na to
mieli pięć miesięcy od chwili wejścia w życie ustawy. Po rozwiązaniu
umowy pracodawca będzie mógł emeryta z powrotem przyjąć do pracy. Lub
nie. Zależy to tylko od jego dobrej woli." - informuje Gazeta
Wyborcza.
Planowana przez Ministerstwo Pracy nowelizacja ustawy zmieniającej
zasady łączenia pracy z emeryturą uderzy boleśnie w najbiedniejszych
emerytów, którzy by przeżyć zmuszeni są dorabiać.
"Od 8 stycznia 2009
r. Polacy mogą łączyć emeryturę z pracą bez konieczności zwalniania się
z dotychczasowego zakładu. Nie muszą też informować swojego pracodawcy
o tym, że pobierają świadczenie z ZUS. Jest ich ok. 50 tys. w całym
kraju." - szacuje dziennik.
Już w tym roku burżuazyjni politycy mają zamiar wprowadzić niekorzystne
dla emerytów unormowania.
"Dla
oszczędności. Ministerstwo szacuje, że na zmianie przepisów zaoszczędzi
700 mln zł rocznie. Liczy, że spośród ok. 300 tys. osób przechodzących
co roku na emeryturę część po niekorzystnej zmianie przepisów zdecyduje
się na ten krok dużo później. Tym samym nie trzeba im będzie zbyt
szybko wypłacać emerytur." - dodaje czasopismo.
Tak się właśnie sprawy mają. Dopiero gdy kapitalizm zostanie obalony i
zastąpiony przez socjalizm, staną się rzeczywistością słowa pieśni
radzieckiej:
"(...) Niby Wołga życie wartko
bieży,
aby w przyszłość jasne wody
nieść.
Wszystkie drogi na ścież dla
młodzieży,
siwym włosom zasłużona cześć.
(...) I pomieści wszystkich
nasza chata,
nie skąpimy nagród ani braw,
alfabetem złotym w dziejach
świata
błyszczy księga stalinowskich
praw.
W jasną przyszłość droga nam,
rodacy,
naszych kroków nikt nie zwróci
wstecz,
u nas człowiek prawo ma do
pracy,
u nas uczyć się - to ważna
rzecz."
***
10.08.2010
Oblicza perfidii
Kapitaliści nie cofają się przed niczym, aby osiągnąć jak największe
zyski. Obławiają się zarówno kosztem mas pracujących jak i
bezrobotnych. Na usługach mają gigantyczny aparat przemocy i propagandy
- czyli państwo, media i specjalnie szkolonych "ekspertów". Metody
eksploatacji ludzi stają się więc coraz bardziej perfidne.
Od początku 2010 roku w samej tylko Warszawie do inspekcji pracy
zgłosiło się kilkadziesiąt osób oszukanych przez "przedsiębiorców",
którzy najpierw proponowali doprowadzonym do ostateczności bezrobotnym
"pracę na próbę", a już po jej wykonaniu odmawiali zapłaty
wynagrodzenia. Dariusz Mińkowski z Okręgowego Inspektoratu Pracy w
Warszawie tłumaczy Informacyjnej Agencji Radiowej:
"Odzyskanie należnej wypłaty jest w tej
sytuacji bardzo trudne - nawet przed sądem, bo bardzo często
współpracownicy <<zapominają>> o tym, że pracowali z daną
osobą, lub wręcz zeznają na korzyść pracodawcy." Kodeks pracy
pozwala jednak na zatrudnianie na tzw. okres próbny, tyle że obwarowuje
to pewnymi warunkami. Najmujący cudzą siłę roboczą wiedzą jednak, że w
Polsce rządzonej przez bogaczy nikt im nie podskoczy, a już na pewno
nie jakieś inspekcje. Dlatego z entuzjazmem kontynuują swój proceder,
zbijając na nim duże pieniądze.
Ogólnie "pracodawcy" są pełni optymizmu. Wszak im bardziej kryzys
kapitalizmu dławi społeczeństwo, tym więcej możliwości manewru mają
wyzyskiwacze. Są przy tym szczerzy do bólu. Już w kwietniu zeszłego
roku w rozmowie z mediami przyznawali:
"Zasłaniając się kryzysem, zwalniamy
ludzi. Podczas boomu pracownicy dyktowali warunki, teraz nasza kolej".
Dyrektor zarządzający dużej firmy, z którym rozmawiała gazeta Dziennik,
mówi, że nie musiał ciąć kosztów, żeby ratować firmę, ale przeprowadził
właśnie zwolnienia i uzasadnił je kryzysem. W jakim celu?
"Ja w ten sposób maksymalizuję zysk"
- odpowiedział z dumą.
Nic nowego pod Słońcem. Kryzysy kapitalizmu zawsze pociągają za sobą
dokonywany w skali masowej ponowny podział dochodu narodowego. I tak
już na ogół mały udział robotników w dochodzie narodowym zmniejsza się
jeszcze bardziej. Kryzys spada na nich całym swym ciężarem. Wzrastające
bezrobocie i obniżenie płacy roboczej doprowadzają ludzi pracy do
nędzy, wzmagają do ostatecznych granic niepewność dnia jutrzejszego,
która towarzyszy robotnikowi w ustroju kapitalistycznym od kolebki do
grobu. Podczas gdy magazyny przepełnione są towarami, robotnicy skazani
są na głód.
Stalin pisał:
"Ta niedająca się
pogodzić sprzeczność między charakterem sił wytwórczych a stosunkami
produkcji ujawnia się w periodycznych kryzysach nadprodukcji, kiedy
kapitaliści nie znajdując mogących zapłacić za towar nabywców, gdyż
sami doprowadzili masy ludności do ruiny, muszą palić produkty,
niszczyć gotowe towary, zawieszać produkcję, niszczyć siły wytwórcze,
gdy tymczasem miliony ludzi muszą cierpieć wskutek bezrobocia i znosić
głód nie z powodu braku towarów, lecz ponieważ wyprodukowano ich zbyt
dużo". ("O materializmie dialektycznym i historycznym").
Żadne wysiłki rządu i mediów nie zdołają ukryć faktu, że kryzysy
zaostrzają przeciwieństwa klasowe i potęgują walkę klasową. Kryzysy
wykazują robotnikom, że w ramach kapitalizmu skazani są na przymieranie
głodem i że jedynym ratunkiem jest obalenie tego zbrodniczego ustroju.
Kryzysy wykazują obiektywną nieuchronność krachu kapitalizmu i
przyczyniają się do wzrostu rewolucyjnej świadomości robotników. Lecz
przebieg kryzysu pokazuje zarazem, że burżuazja znajduje z niego
wyjście kosztem mas ludowych, że obalenie kapitalizmu nie odbywa się
automatycznie. Kapitalizm może zostać unicestwiony tylko na skutek
świadomej działalności klasy robotniczej, organizowanej i jednoczonej
przez partię komunistyczną.
***
8.08.2010
Zbrodnie kapitalizmu w Australii
Aborygeni - rdzenni mieszkańcy Australii - byli od kilkuset lat
rabowani, prześladowani i poniżani przez kapitalistyczny reżim. Kosztem
potu i krwi klasy robotniczej oraz ludności tubylczej, obszarnicy i
fabrykanci zbudowali swoje bogactwo. Konsekwencje tego widoczne są po
dziś dzień.
Wywłaszczanie Aborygenów przejawiało się również w tym, że sądy często
orzekały w procesach o ziemię, iż przed przybyciem kolonizatorów
kontynent był bezludny. Jakby mało było tych szykan, na początku XX
wieku rząd oficjalnie uznał Aborygenów za gatunek fauny kontynentu. Aż
do lat 70. codziennością było zabieranie dzieci aborygeńskim rodzicom i
oddawanie ich na wychowanie organizacjom religijnym i szemranym
"opiekunom", gdzie były często bite, gwałcone i wykorzystywane do
niewolniczej pracy. Zabierając tubylcom ziemię starano się też jak
najszybciej doprowadzić do ich eksterminacji. W tym celu m. in.
stosowano sterylizację, pozbawiano ich dostępu do opieki medycznej oraz
rozpijano.
Ta zbrodnicza polityka przyniosła oczekiwane przez kapitalistów
rezultaty:
"Dziś rdzenni
Australijczycy w ponad 20-milionowym narodzie żyją najczęściej w nędzy
- i średnio 20 lat krócej niż biali. Tylko 39% aborygeńskich dzieci
kontynuuje naukę do 12. roku życia, a ledwie 4% rdzennych mieszkańców
kończy wyższe uczelnie. Bezrobocie wśród nich jest trzy razy większe
niż wśród białych." - pisze Gazeta Wyborcza. Natomiast portal
Lewica.pl dodaje:
"Tubylcza ludność
wciąż umiera 20 lat wcześniej niż jej biali odpowiednicy, a
śmiertelność niemowląt rodzonych przez aborygeńskie matki jest
dwukrotnie wyższa niż tych, które zostały powite przez inne
Australijki."
Działacze zajmujący się obroną praw dzieci alarmują, że sytuacja
aborygeńskich niedobitków jest na tyle tragiczna, że aby uratować ich
przed śmiercią głodową niezbędna jest zakrojona na szeroką skalę pomoc
humanitarna z udziałem np. Międzynarodowego Czerwonego Krzyża. Z
dochodzenia władz lokalnych wynika - podaje The Independent - że
najbardziej narażeni na zagłodzenie są najmłodsi tubylcy. Wolontariusze
opiekujący się rdzennymi Australijczykami
"proponują zwiększenie liczby personelu,
który aktualnie składa się z ośmiu osób zajmujących się 14 tysiącami
ludzi, a także prowadzenie intensywnych lekcji bycia rodzicem dla
uczniów w wieku 13 lat. Duża liczba młodych ludzi w wieku od 15 do 24
lat ma bowiem w tym rejonie co najmniej jedno dziecko."
Oczywiście australijskie władze nigdy nie kiwnęły nawet palcem (bo
czymże są, przypominające farsę, szeroko nagłaśniane "programy
pomocowe"?) by pomóc wyjść obywatelom z nędzy. Spełniając polecenia
swych kapitalistycznych mocodawców, czynią wszystko, aby maksymalnie
wykorzystać zarówno rdzennych jak i napływowych mieszkańców kontynentu.
Wszak kapitalizm to ustrój opierający się na bezlitosnym wyzysku.
Bardzo boleśnie przekonują się o tym każdego dnia miliony ludzi od
Darwin po Sydney oraz w większości krajów świata.
***
6.08.2010
USA znów napadną na KRLD?
Korea Południowa ogłosiła rozpoczęcie manewrów wojskowych na Morzu
Żółtym planowanych na 5 sierpnia i mających trwać pięć dni. W
przeszłości podobne "manewry" tej amerykańskiej kolonii, urządzane
wespół ze Stanami Zjednoczonymi, stanowiły przykrywkę do
przygotowywania inwazji na terytorium Koreańskiej Republiki
Ludowo-Demokratycznej oraz utwierdzały kapitalistów w fałszywym
poczuciu bezpieczeństwa. Jednak tym razem wybuch konfliktu zbrojnego
wisi na wyjątkowo cienkim włosku.
Specjalnym punktem ćwiczeń jest obszar tzw. Północnej Linii Granicznej
(NLL) - jednostronnie wytyczony przez USA po Wojnie Koreańskiej odcinek
dzielący Morze Żółte pomiędzy KRLD i Koreę Południową. Odcinek, którego
Korea Ludowa nigdy nie uznała. Jest oczywiste, że samo nakreślenie
takiej linii podziału świadczy o zuchwałości amerykańskiego
imperializmu i stanowi akt przemocy wymierzony przeciwko cudzej
suwerenności. Czyn ten jest całkowicie nielegalny i urąga wszelkiej
logice. Gdy zakończyła się Wojna Koreańska, zaakceptowano linię
graniczną biegnącą wzdłuż 38. równoleżnika. Teraz natomiast widzimy, że
NLL wykracza daleko na północ poza ustaloną rubież, obejmując niemałą
część wód terytorialnych KRLD.
W przeszłości na obszarze "Północnej Linii Granicznej" obie strony
starały się utrzymywać stan równowagi, zaś Korea Południowa unikała
zbytniej natarczywości wiedząc, że pogwałcenie północnokoreańskich wód
terytorialnych może pchnąć półwysep w otchłań wojny. Gdy Koreą
Południową rządziły siły w miarę pokojowo nastawione, istniał system
łączności między armiami Północy i Południa, pozwalający na wymianę
informacji w celu uniknięcia starć na tym obszarze.
Kres dobrym relacjom przyniosło objęcie władzy przez Li Miung Baka,
który zniweczył wszelkie programy pokojowej współpracy wcielane w życie
od roku 2000. Obecnie nie ma porozumienia między oboma krajami, a
prezydent Bak na rozkaz swych amerykańskich mocodawców zamierza
przynieść pożogę swemu narodowi.
Dowództwo północnokoreańskie oświadczyło, że jakiekolwiek awantury w
pobliżu wysp Paekryong, Taechong i Yonphyon (naruszenie wód
terytorialnych KRLD) spotkają się ze stanowczą odpowiedzią. Nie są to
słowa bez pokrycia - Ponad 8 milionów żołnierzy i cała potęga jednej z
największych armii świata jest gotowa do podjęcia natychmiastowych
działań obronnych.
Stany Zjednoczone i ich południowokoreańscy lokaje grają bardzo
nierozważnie. Niezwyciężona armia KRLD jest zmęczona ciągłym
zagrożeniem ze strony Amerykanów i naruszaniem przez nich swej
przestrzeni powietrznej i wód terytorialnych. Dlatego siły imperializmu
powinny bardzo dokładnie przekalkulować swoje gry wojenne. Jeśli
zachowają dystans, nic się nie stanie. Jeśli jednak wybiorą drogę
agresji, poniosą klęskę. Gospodarka Korei Południowej załamie się, jej
mieszkańcy zaczną wyjeżdżać z kraju, a USA nie będzie w stanie
zatrzymać sił KRLD. Jeśli Amerykanie nie dają sobie rady w starciu z
Irakiem, to co powiedzieć o ich szansach w starciu z najpotężniejszą i
najbardziej zdeterminowaną armią i przywódcą na świecie? A wtedy Li
Miung Bak zostanie zapamiętany jako ostatni prezydent Korei Południowej
i zarazem osoba, która doprowadziła swój naród do ruiny, służąc
zamysłom imperializmu. - czytamy na stronie internetowej Korean
Friendship Association (KFA).
***
4.08.2010
O tym się nie mówi
Akurat w dniu, kiedy rząd przygotowuje zakrojone na ogromną skalę
działania wymierzone przeciwko ludziom pracy, burżuazyjne media trąbią
o czymś zgoła innym. Dziwnym zbiegiem okoliczności, w chwili obecnej
wałkują tematy zastępcze i podsycają histerię wokół pewnej samowolki
budowlanej.
Tymczasem Agencja Reutera weszła w posiadanie rządowego dokumentu,
zawierającego "plan finansowy", który pod pretekstem walki z deficytem
budżetowym wprowadza rozwiązania bardzo korzystne dla kapitalistów, a
bardzo niekorzystne dla wyzyskiwanych. Zresztą nic nowego pod słońcem.
Żyjemy przecież w państwie burżuazyjnym. Tak więc Rada Ministrów ma
zamiar:
1) Podwyższyć podatek VAT już od roku 2011. Wtedy jego stawki przybiorą
wartość 5%, 8% i 23%. Minister Waldemar Pawlak obiecał, że podatek na
nieprzetworzoną żywność wzrośnie z 3% do 5% (gdyż rząd nie uzyskał od
swych mocodawców z Unii Europejskiej pozwolenia na utrzymanie
dotychczasowego niższego wskaźnika), zaś na nisko przetworzoną zmaleje
z 7% do 5%. Stawka dotycząca leków oraz budownictwa mieszkaniowego
ulegnie powiększeniu z 7% do 8%. Ogólnie rzecz biorąc, przez co
najmniej 3 lata stawki VAT wzrosną o przynajmniej 1%, tak że również
stawkę 22-procentową zastąpi 23-procentowa. Oczywiście rząd zapowiada,
że jeśli uzna to za stosowne, stawki VAT zostaną jeszcze bardziej
podwyższone w ciągu najbliższego roku.
2) Przyspieszyć wyprzedaż resztek majątku narodowego stworzonego dzięki
ciężkiej pracy pokoleń Polaków. Do 2013 roku szabrownictwo w majestacie
prawa ma podobno przynieść 55 miliardów złotych, wliczając w to
wyprzedaż dalszych pakietów akcyjnych PZU S.A i PKO B.P. Pozostaje
pytanie, co się stanie, gdy pieniądze się skończą, nic już nie
pozostanie do spieniężenia, a budżet nadal nie będzie się chciał
domknąć? Czy wtedy rząd rozpocznie masową akcję sprzedaży nerek
obywateli?
3) Zmienić sposób naliczania rent, pozbawić świeżo upieczonych
pracowników służb mundurowych pewnych profitów (w tym emerytalnych),
wycisnąć jak najwięcej pieniędzy z armii (nie oszczędzając jednak na
finansowaniu kapelanów) oraz uprościć i uprzyjemnić życie biznesmenom.
Ciekawe jednak o jakich planach cięć rząd nie wspomniał na razie ani
słowem...
Tymczasem Komunistyczna Partia Polski w swym Programie Minimum stawia
sprawę jasno:
"Domagamy się
progresywnego, sprawiedliwszego systemu podatkowego. Ograniczenia i
zniesienia podatków pośrednich VAT - najbardziej szkodliwych
ekonomicznie i społecznie. To progresywne podatki, uzależnione od
dochodu, stanowić powinny podstawę wpływów do budżetu państwa.
Dodatkowymi podatkami należy obciążyć obrót dobrami luksusowymi,
służącymi do konsumpcji na pokaz."
***
2.08.2010
Wiele hałasu o nic
Pojawiły się spekulacje jakoby w KRLD stracono ministra gospodarki z
powodu nieudanej reformy monetarnej. Wiadomość ta, sfabrykowana przez
południowokoreańską agencję YONHAP, była systematycznie powielana i
rozpowszechniania w licznych mediach wielu krajów. - relacjonuje
Alejandro Cao de Benos, przewodniczący Koreańskiego Stowarzyszenia
Przyjaźni (Korean Friendship Association).
YONHAP powołuje się na "rozmaite źródła monitorujące Północną Koreę",
nie uszczegóławiając żadnego z nich. Agencja ta czasem zachowuje
obiektywizm, a czasem - jak w tym przypadku - daje się ponieść
wyobraźni i pogoni za sensacją. Zależy to zwykle od dziennikarzy
publikujących informacje. W KRLD nie ma czegoś takiego jak publiczne
czy telewizyjne egzekucje. Natomiast w USA i Chinach wykonywanie kary
śmierci - choć nie jest transmitowane - odbywa się w obecności wielu
świadków. Ani jedno źródło północnokoreańskie nie poinformowało o
straceniu ministra. Nie ma się czemu dziwić, bo pogłoski o tej
egzekucji są całkowicie wyssane z palca. Cóż się więc stało?
Ostatnimi czasy Koreańska Republika Ludowo-Demokratyczna dokonała
rewaluacji narodowej waluty (WON) w celu osiągnięcia większej równości
względem dolara i euro, by zagwarantować równość społeczną i uchronić
kraj przed zalewem fałszywek z zagranicy. W przeszłości zostało
rozbitych kilka grup przestępczych kopiujących stare WON-y i
sprzedających je później przedsiębiorcom. Nabywcy myśleli, że zdołają
wymienić fałszywki na euro w Banku Centralnym w Phenianie. Nieświadomi
niczego naiwniacy liczyli na znakomity interes: "Teraz kupię za niską
cenę milion WON-ów, a później wymienię je po ich rzeczywistej,
dziesięciokrotnie większej wartości". Sęk w tym, że wymienić WON-y na
euro jest bardzo trudno, a dla cudzoziemców jest to wręcz niemożliwe. W
ubiegłym roku musiałem zająć się ponad trzydziestoma skargami ludzi,
którzy zostali w ten sposób oszukani. Ważnym elementem układanki była
też CIA i jej maszyneria produkująca fałszywe WON-y i usiłująca
przepuścić je przez chińską granicę, by zniszczyć północnokoreańską
gospodarkę.
Wymiana pieniędzy została wprowadzona i 1 WON ma obecnie wartość 100
starych WON-ów, a oprócz tego zawiera wiele zabezpieczeń chroniących
przed podrobieniem. Kapitalistyczna propaganda krzyczy, że z tego
powodu wszystko w KRLD podrożało. To kolejne kłamstwo. Ceny zostały
bowiem dostosowane do nowej wartości. A zatem to, co niegdyś kosztowało
100 WON-ów, dziś kosztuje tylko 1 WON-a. W rzeczywistości podstawowe
produkty konsumpcyjne staniały. Jeśli więc produkty spożywcze
kosztowały 3 tysiące WON-ów za kilogram, to teraz trzeba za nie
zapłacić nie 30, lecz 20 WON-ów. Natomiast ceny produktów luksusowych
(jak perfumy i biżuteria) wzrosły i wynoszą 200 WON-ów (a przed reformą
10 tysięcy WON-ów).
Cudzoziemcy nadal nie mają możliwości używania WON-ów podczas wizyt w
KRLD. Dokonano jednak zmian na korzyść obywateli północnokoreańskich,
którzy nie mogąc kupować bezpośrednio za obcą walutę, musieli najpierw
wymieniać ją na rodzimą. Wcześniej istniał oficjalny przelicznik (1
euro równe 180 WON-om) i jego druga wersja, dotycząca jedynie obywateli
KRLD otrzymujących pieniądze z zagranicy (1 euro równało się tu 3500
WON-om). Był to tymczasowy środek zastosowany przez rząd KRLD w celu
szybkiego nabycia obcej waluty podczas kryzysu. Teraz ta druga wersja
przelicznika została wyeliminowana.
Podczas reformy, kilku urzędników ministerstwa gospodarki popełniło
błędy, zwłaszcza przy dostosowywaniu Systemu Publicznej Dystrybucji. Ów
System zapewnia każdemu obywatelowi KRLD, bez wyjątku, bezpłatne
zaspokojenie wszystkich podstawowych potrzeb (mieszkanie, ubrania, ryż,
mięsoitp.). Każda dzielnica w każdej miejscowości posiada spis
wszystkich mieszkańców i co tydzień obywatele udają się do punktu
Systemu Publicznej Dystrybucji, by podjąć przypadające na nich dobra. W
wyniku pomyłki niektórych urzędników, podczas reformy zdarzały się
przypadki pozostawania pojedynczych rodzin poza Systemem, co wywoływało
spore zamieszanie. Winni niedbalstwa zostali ukarani wyrzuceniem z
pracy w ministerstwie i obecnie muszą ciężko pracować w fabrykach, na
polach i w kopalniach.
Reasumując: Nie doszło do żadnych egzekucji, rewolt czy destabilizacji.
Miała miejsce reforma gospodarcza opierająca się na modelu
socjalistycznym, podczas której niektórzy funkcjonariusze służby
cywilnej popełnili niewybaczalne pomyłki w swej pracy. Zostali usunięci
z zajmowanych stanowisk i ukarani. Pozostałe sensacyjne "doniesienia"
są pożałowania godnym przejawem niechęci mediów do weryfikowania
źródeł, gdy w grę wchodzi pogoń za zyskiem.