banner
 Start   Aktualności   Dokumenty
 Brzask
 Galeria
 Świat
 Historia
 Forum
 Kontakt
 Linki

3.09.2010

Kto może spać spokojnie


Nawet CIA przyznaje, że w 1989 r. średnia długość życia mężczyzn w ZSRR wynosiła 64 lata, gdy tymczasem w roku 2007, po upadku Kraju Rad, zmniejszyła się do 59 lat. Jest więc niższa niż w latach 50-tych oraz niższa niż pozostałych 158 państwach, w tym Papui Nowej Gwinei, Indiach oraz Iraku.

Tymczasem z rankingu magazynu "Finans" wynika, że pomimo kryzysu, latorośle rosyjskich oligarchów mogą spać spokojnie, w przeciwieństwie do milionów ludzi pracy: "Liczba spadkobierców mogących liczyć na miliard i więcej dolarów posagu lub spadku wzrosła u nas w zeszłym roku o 1,5-raza i wynosi 86 osób". Najzamożniejszym dziedzicem miliardowej fortuny jest dziś 20-letni Jusuf Alekpierow, jedyny syn właściciela naftowego giganta Łukoilu Wagita Alekpierowa, którego bogactwo szacuje się na 10 miliardów dolarów. Jak na razie młodzian jest studentem i nie wiadomo czy będzie zajmował się grabieżą majątku narodowego (jak tatuś), czy też podąży inną ścieżką. Warto wspomnieć, że większość bogactw skupiona jest w rękach garstki wyzyskiwaczy: Z ostatniego rankingu "Forbesa" wynika, że w Rosji mieszka 62 dolarowych miliarderów (najwięcej w Europie). RFN plasuje się na drugim miejscu, z pięćdziesięcioma trzema wielkimi kapitalistami.

Zwycięstwo kontrrewolucji odebrało masom ludowym nie tylko prawa polityczne i ekonomiczne przysługujące im za czasów socjalizmu, ale pchnęło mieszkańców Rosji na drogę biologicznego wyniszczenia. Z potu i krwi pracujących oraz bezrobotnych, rosną bajeczne fortuny bandytów-oligarchów, którzy od roku 1991 odbierali społeczeństwu ziemię, zakłady przemysłowe i godność. Jedno jest pewne: Tryumf szabrowników jest chwilowy, a gdy Władza Radziecka powróci, nadejdzie czas sądu i zapłaty...

***

1.09.2010

Dzięki UE zdrożeją także podręczniki


Rząd postanowił zwiększyć w nadchodzącym roku stawkę podatku VAT na książki i prasę specjalistyczną do 5%. Wydawcy już zapowiadają, że cena tych publikacji (w tym podręczników szkolnych i akademickich) wzrośnie więc co najmniej o 10%.

"31 grudnia 2010 roku upływa w Polsce okres obowiązywania zerowej stawki VAT dla książek oraz prasy specjalistycznej - kończy się okres przejściowy na stosowanie preferencyjnych stawek VAT, wynegocjowany przez Polskę przed przystąpieniem do Unii Europejskiej, a przedłużony w 2007 roku. W sobotę Ministerstwo Finansów zapowiedziało, że od 1 stycznia 2011 r. stawka VAT na książki wzrośnie do 5% Rzecznik MF Magdalena Kobos zapewniła, że resort starał się o kolejne przedłużenie preferencyjnych stawek, ale odpowiedź, jaką otrzymało z Brukseli, nie pozostawia wątpliwości - nie ma takiej możliwości." - informuje portal Onet.pl

Księgarze i wydawcy oznajmiają, że ceny książek zwiększą się również w wyniku podniesienia ogólnej stawki VAT, a co za tym idzie podrożenia elektryczności, papieru i benzyny. Prezes Polskiej Izby Książki alarmuje: "Obecnie tylko 38% Polaków deklaruje lekturę choć jednej książki rocznie. Po wzroście cen możemy spodziewać się, że ta śmiesznie mała liczba jeszcze spadnie. (...) Czytelnictwo maleje proporcjonalnie do wzrostu cen książek. Grozi nam zapaść."

Pracownicy firm zajmujących się badaniem rynku wydawnictw są zgodni: "Specyfika VAT-u jest taka, że jego stawka naliczana jest na każdym etapie wystawiania faktur, czyli wydawca sprzedając hurtownikowi naliczy 5% VAT, a hurtownik to samo zrobi przy sprzedaży księgarzowi. (...) Realny wzrost cen książek może być większy niż 10%. Wiele będzie zależało od polityki wydawców. W przypadku bestsellerów, książek wysokonakładowych, czyli w tych segmentach rynku, gdzie konkurencja jest duża, można liczyć na to, że wydawcy w znacznym stopniu wezmą podwyżkę VAT na siebie, ograniczając swoją marżę. Natomiast na pewno bardzo wzrośnie cena książek naukowych i publikacji niskonakładowych. (...) Dystrybutorzy książek skorzystają z okazji, żeby wyczyścić sobie magazyny ze starszych tytułów pod pretekstem, że zwracają te książki, które wprowadzili do obrotu ze stawką zerową, i które muszą po zmianie VAT wycofać ze sprzedaży w obawie przed urzędem skarbowym."

Wszyscy na własnej skórze odczuwamy dziś różnicę między ustrojem socjalistycznym a kapitalizmem. Polska Ludowa zlikwidowała analfabetyzm, zapewniła całemu społeczeństwu - po raz pierwszy w dziejach ziem między Bałtykiem a Tatrami - dostęp do powszechnej i bezpłatnej edukacji. W roku 1950 nakład "Pana Tadeusza" osiągnął 1,5 miliona egzemplarzy, podręczniki zaś były o wiele bardziej wartościowe merytorycznie i tańsze niż obecnie. W roku 1953 przedstawiciel katolickiej inteligencji - Tadeusz Mazowiecki - napisał na łamach "Wrocławskiego Tygodnika Katolickiego": "Właśnie ludowa ojczyzna przywróciła godność ludzką milionom prostych ludzi, w olbrzymiej większości wierzących, przekraczając raz na zawsze stosunki społeczne, w których urodzenie czy majątek decydowały o wartości człowieka, otwarła dzieciom robotników i chłopów dostęp do nauki i kultury i buduje w niezwykle trudnych warunkach powojennego życia podstawy lepszego bytu". (Krzysztof Pilawski, "Skąd się biorą komuniści", Warszawa 2005, str. 90-91). A jak jest dzisiaj? Wystarczy spojrzeć...

***

30.08.2010

Prawda wychodzi na jaw


Coraz więcej izraelskich żołnierek głośno protestuje przeciwko prześladowaniu ludności palestyńskiej. Jedna z nich mówi dziennikowi The Guardian: "Kończąc służbę czułam, że jestem czymś w rodzaju bomby z opóźnionym zapłonem. Miałam wrażenie, że zobaczyłam inną, skrzętnie skrywaną twarz Izraela; sprawy, o których nie mówi się głośno. Tak jakbym poznała wstydliwy sekret naszego narodu. Nie mogłam milczeć."

Inbar Michelzon rozpoczęła służbę wojskową w 2000 roku, u zarania drugiej intifady. Wysłano ją wtedy do Erez, na przejście graniczne pomiędzy Izraelem i Strefą Gazy. Kobieta relacjonuje: "To było miejsce nieustannych napięć; strzelaniny i samobójcze zamachy bombowe były na porządku dziennym. Powoli zaczynałam rozumieć, o co w tym wszystkim chodzi. Podstawowa zasada była taka, że musimy być bezwzględni w stosunku do Arabów, ponieważ są naszymi wrogami. Czułam się coraz bardziej osamotniona. Nie miałam z kim porozmawiać o tym, co uważałam za niesprawiedliwe. Nie miałam radykalnych poglądów, po prostu czułam się źle widząc, jak moi koledzy biją i naśmiewają się z Arabów. Wydawało mi się, że to ze mną coś jest nie w porządku."

Michelzon opowiada, jak zwróciła się z prośbą do dyżurującego na przejściu oficera, by przepuścił czekającą tam palestyńską kobietę. W odpowiedzi usłyszała, że może prosić o coś takiego, jeśli kobieta będzie miała za sobą kilka godzin czekania. Takie sytuacje zdarzały się codziennie. Po zakończeniu służby, Izraelka - aby uspokoić skołatane nerwy - wyjechała do Indii. Po powrocie do ojczyzny skontaktowała się z organizacją humanitarną "Przerwać Milczenie" upubliczniającą świadectwa żołnierzy okupujących terytoria palestyńskie. Doszła do wniosku, że czas opowiedzieć o własnych bolesnych, wstydliwych doświadczeniach. Jakie przeżycie zostawiło w jej pamięci najtrwalszy ślad? "Razem z grupą żołnierzy wtargnęli do mieszkania o drugiej w nocy, wyrwali rodzinę ze snu i dosłownie wywrócili wszystko na drugą stronę. Nie znaleźli żadnej broni. Golan pamięta, że małe dzieci były przerażone." Pojęła wtedy, że syjonistyczny reżim robi wszystko, aby w dalszym ciągu nakręcać spiralę nienawiści, tak by konflikt nigdy nie wygasł.

"Kiedy indziej widziała, jak żołnierze kradną towar z palestyńskiego sklepu z elektroniką. Próbowała zgłosić to przełożonym, ale usłyszała tylko, żeby <<trzymała się z daleka od pewnych spraw>>. Była też świadkiem upokarzania starszych Palestyńczyków na ulicach miast. Przyszło jej wówczas na myśl, że mogliby to być jej rodzice lub dziadkowie." - można przeczytać w The Guardian.

Po opublikowaniu przez żołnierkę Eden Abergil fotografii do których pozuje ze związanymi Palestyńczykami, w Izraelu rozgorzała dyskusja, dlaczego autorka nie wstydzi się tego, jak traktowała zatrzymanych. Coraz więcej ludzi zadaje sobie pytanie, jak długo jeszcze rząd będzie usprawiedliwiał czystki etniczne koniecznością "walki z terroryzmem". Sama Michelzon ma swoje zdanie: "Przez dwa lata widziałam ludzkie cierpienie i nie reagowałam. To jest dopiero przerażające. Teraz wiem, że to armia mnie zdradziła. To, co nazywamy obroną kraju, w rzeczywistości jest niszczeniem naszego życia."

***

28.08.2010

Ich reżim - ich kamienice


Wygląda na to, że III RP "dogania" swą poprzedniczkę z numerem II. Dowód? Kobieta z kilkorgiem dzieci niebawem trafi do noclegowni dla bezdomnych, gdyż budynek w którym mieszkała dotychczas, dostał się w ręce kamienicznika.

Płockie wydanie "Gazety Wyborczej" przyjrzało się losom Pani Grażyny, która z dwójką najmłodszych dzieci od niemal dekady bytuje w kamienicy przy ul. Sienkiewicza 28 - lokalu socjalnym przyznanym im przez Urząd Miasta. Niestety, tak jak inni mieszkańcy, musi zmagać się z przeciekającymi sufitami, grzybami i ogólnie opłakanym stanem pomieszczeń. Przed trzema laty Grażyna złożyła w ratuszu podanie o mieszkanie kwaterunkowe. Wtem pojawiła się właścicielka starej kamienicy, którą dotąd dysponowało miasto. "Kobieta ta wypowiedziała nam wysokość czynszu, ale nadal mogliśmy tam mieszkać. Płaciłam około 240 zł. Już od kwietnia zaczęła naliczać ogromne odszkodowanie za - jak to ujęła - nielegalne zajmowanie lokali." - opowiada Pani Grażyna. Dla niej rachunek wyniósł prawie 2 tys. zł comiesięcznego odszkodowania za około 50-metrowe mieszkanie. Zapłaciła 400 złotych, bo tyle tylko była w stanie. Właścicielka kamienicy postanowiła sprzedać odzyskaną własność. Nowy właściciel jest również "człowiekiem przedsiębiorczym". Widać to na każdym kroku: Wyburzył stajenki, w których lokatorzy składują opał. Bez ekspertyzy ani wiedzy Powiatowego Inspektoratu Nadzoru Budowlanego wywiesił tablicę z ostrzeżeniem, że kamienica grozi zawaleniem. Oprócz tego, ma zamiar uczynić centrum konferencyjno-szkoleniowe tam, gdzie obecnie znajduje się jego kolejna kamienica - przy ul. Sienkiewicza 30.

Gazeta podkreśla: "Radosław Michalski, prezes firmy Chem-line, tłumaczy, że żyjemy w demokratycznym kraju i on, jako właściciel, ma możliwość żądania takich profitów na wolnym rynku. Dziwi się za to, jakim prawem Urząd Miasta zasiedlił lokatorami prywatną kamienicę. Przekonuje, że nie ma na razie planów względem budynku. Ludzie mogą tam zatem mieszkać, ale muszą płacić odszkodowanie (jeśli szybko się wyniosą, to właściciel daruje im dług)." To duże zaskoczenie. Od kiedy to dziennikarze organu burżuazji demaskują kapitalizm? A może uczynili to niechcący, przez niedopatrzenie?

Dziennik nawiązuje też do sprawy kompleksu kamienic i oficyn przy ul. Rybaki i Mostowej: "Przed wojną budynki należały do znanej płockiej rodziny Górnickich, potem przejął je skarb państwa. Urząd Miasta umieszczał tam swoich lokatorów i administrował nimi. Do czasu. Cztery lata temu Grażyna i Andrzej Kompińscy, płoccy przedsiębiorcy, odszukali prawowitych właścicieli i odkupili kamienice oraz oficyny. Sęk w tym, że nadal mieszkali tam ludzie. Kompińscy podkreślali, że nie chcą mieszkańców wyrzucać na siłę, chcą spokojnie zaczekać, aż miasto znajdzie dla nich lokale zastępcze. Po drodze dochodziło do nieprzyjemnych sytuacji: kiedy miasto zrezygnowało z administrowania budynkami, wygasły umowy z Wodociągami, z firmą wywożącą śmieci, z zakładem energetycznym na oświetlenie klatek schodowych. Ostatecznie ratusz zabrał lokatorów (ostatniego w styczniu tego roku), a Kompińscy niedawno rozebrali oficyny, zostawiając tylko jedną kamienicę. Na razie nie chcą zdradzać swoich planów. W ratuszu informują, że nie było jeszcze żadnych rozmów na linii miasto-przedsiębiorcy w sprawie zagospodarowania tego terenu."

Wszyscy szykanowani, wyzyskiwani i wyrzucani na bruk mogą oczywiście posłuchać środków masowego przekazu i westchnąć z ulgą, że żyją w "wolnej Polsce" respektującej "święte prawo własności". Mogą jednak zrobić coś zupełnie innego, a mianowicie zjednoczyć się i walczyć o swoje prawa. Ich miejsce jest w szeregach Komunistycznej Partii Polski - partii, która walczy o pracę i mieszkanie dla każdego człowieka.

***

26.08.2010

Wielki Kryzys nr 2 w USA


Przez lata rządzący Stanami Zjednoczonymi miliarderzy starali się na wszelkie sposoby odciągać robotników od walki przeciwko kapitalizmowi: groźbą lub podstępem (włączając przekupienie wielu wysoko postawionych działaczy związkowych). Nierzadko rzucali ludziom pracy rozmaite ochłapy, aby odwlec wybuch rewolucji. Mamili wizją "amerykańskiego marzenia", które ucieleśniał przytulny domek na przedmieściu. Teraz wszystkie te usiłowania ustąpiły miejsca brutalnej rzeczywistości kapitalistycznego kryzysu.

Socjaldemokratyczny "The Guardian" informuje, że bezrobocie w Stanach jest najwyższe od czasów Wielkiego Kryzysu z lat 30. XX w. Życie zawala się zarówno pracownikom fizycznym jak i drobnomieszczaństwu. Nawet zwykle przebiegli drobni przedsiębiorcy pogrążyli się w ruinie. Nic dziwnego, skoro - jak mówi gazecie pewien fryzjer z Camden w stanie New Jersey - nawet przestępcy z ledwością wiążą koniec z końcem. Wszyscy bezrobotni mogą pobierać świadczenia socjalne z tej okazji wyłącznie przez 99 tygodni. Ani dnia dłużej.

Jeśli brać pod uwagę tylko tych Amerykanów, którzy nie zrezygnowali z poszukiwania zatrudnienia, to "oficjalne" bezrobocie wynosi 9.5%. W ciągu ubiegłego kwartału ponad milion obywateli USA dołączyło do grupy tych, którzy całkiem stracili nadzieję na pracę i tym samym wyparowali z oficjalnych statystyk. "Ta armia, licząca łącznie już blisko 6 milionów osób, wciąż rośnie, w miarę jak kolejni bezrobotni popadają w stan trwałej beznadziei. Badania pokazują, że z każdym tygodniem na zasiłku szanse na zdobycie pracy maleją." - pisze magazyn.

Gigantyczne korporacje nie mają zamiaru zatrudniać nowych pracowników. A wszystko w celu jeszcze wydatniejszego zwiększenia zysków. "Jednocześnie samorządy i władze stanowe wprowadzają cięcia, których ofiarą mogą paść następne dziesiątki tysięcy zatrudnionych. Urzędnicy ograniczają bowiem wydatki na szkoły, oświetlenie ulic, biblioteki, wywóz śmieci, policję, straż pożarną i sieć transportu publicznego." Konkretne przykłady, aby nie być gołosłownym: "Dzieciom na Hawajach kazano pozostać w domach przez 17 kolejnych piątków, by ograniczyć wydatki na szkolnictwo. Na przedmieściach Atlanty zamknięto lokalne połączenia autobusowe, pozbawiając tysiące ludzi możliwości dojazdu do pracy. W Colorado Springs wyłączono ponad jedną trzecią ulicznych latarni, żeby zmniejszyć rachunki za elektryczność". Władze miasta sprzedały także policyjne helikoptery. W obliczu tych wszystkich brutalnych zmian, staje się jasne, że tak zwana "klasa średnia" jest zwykłym mitem głoszonym na użytek kapitalistów. Cała Ameryka rozdziera się coraz szybciej i głębiej na garstkę bogaczy i gigantyczne rzesze ludzi, którzy nie mają nic. Paul Krugman - Zapiekły zwolennik kapitalizmu i zarazem niegdysiejszy doradca Reagana - przyznaje: "Poziom biedy, jaki dawniej był nie do pomyślenia, teraz staje się normą".

Przy okazji upadł mit o bezrobotnych jako leniwych cwaniakach: "58-letnia Anne Strauss przepracowała 35 lat na Long Island jako specjalistka od PR. W czerwcu 2008 roku została zwolniona. Od tego czasu nie ma dnia, żeby nie szukała nowego zatrudnienia. Ona i jej mąż żyją z kart kredytowych, patrząc z przerażeniem na rosnącą górę długów. 62-letni nowojorczyk Steven Bilarbi przez 37 lat pracował w tym samym przedsiębiorstwie. Od 2007 roku stale poluje na oferty od pracodawców. Żyje z oszczędności i uszczupla swoją emeryturę." Pan Bilarbi jeździ nawet na "targi pracy", ale oczywiście bez rezultatu.

"53-letnia Donna Faiella z Nowego Jorku przez 28 lat odnosiła sukcesy jako montażystka filmowa. Dziś rozpaczliwie szuka pracy. Jakiejkolwiek. - Będę robić wszystko, mogę nawet zamiatać podłogi. Nie uśmiecha mi się pobieranie zasiłku. To cholernie poniżające - mówi zdesperowana kobieta, niemal trzęsąc się ze złości. Za tydzień straci prawo do zasiłku. - Nie wiem, co robić, jestem przerażona. Czy zostanę bezdomną? - zastanawia się Faiella. Na wszelki wypadek zdążyła już sprawdzić schroniska w swojej okolicy." - pokazuje amerykańską rzeczywistość gazeta.

Samo miasto Camden w New Jersey jest znakomitym przykładem tego, jak "amerykański sen" przeistoczył się w "amerykański koszmar". Dziennik informuje: "Kwitnący niegdyś port rzeczny staje się przykładem degradacji przestrzeni miejskiej, gdzie wzdłuż wielu ulic ciągną się niezabudowane działki i opuszczone budynki. Mieszkańcy Camden mają najniższe średnie dochody w przeliczeniu na gospodarstwo domowe spośród wszystkich amerykańskich miast (24 tys. dolarów rocznie). W ubiegłym roku Camden znalazło się w ścisłej czołówce najniebezpieczniejszych miejsc w Stanach Zjednoczonych. Według niektórych szacunków co trzeci dom w mieście jest pusty. Jedna trzecia mieszkańców żyje w ubóstwie, a co piąty nie ma pracy."

A to dopiero przedsmak tego, co szykuje - dla nas wszystkich - coraz szybciej gnijący ustrój oparty na bezrobociu, nędzy i wyzysku miliardów ludzi przez garstkę pasożytów...

***

24.08.2010

Niemiecki zbrodniarz wojenny - bezkarny


Nikt nie odpowie za masowy mord na afgańskich cywilach dokonany przez okupantów z Bundeswehry. A już na pewno nie architekt zbrodni, pułkownik Georg Klein. Ani prokuratura ani armia RFN nie pozwolą, aby spadł mu choć włos z głowy.

3 września 2009 roku porwano dwie cysterny z paliwem, które miało trafić do najbliższej bazy Bundeswehry. Klein - dowódca placówki - wysłał w pogoń oddział komandosów. W oparciu o pochodzące z niepewnego źródła doniesienia, że sprawcy kradzieży utknęli ze zgubą w otoczeniu talibskich prominentów u brzegów rzeki Kunduz, Klein rozkazał dwóm amerykańskim myśliwcom F-15 zniszczyć zbiorniki. W wyniku nalotu zginęły 142 osoby. Rzecz jasna, do wyciągania ciężarówek z mułu talibowie zmusili okolicznych chłopów. To właśnie ci zastraszeni cywile padli ofiarą NATO-wskich wojsk. Jednak, pod presją niemieckiego społeczeństwa, szychy z NATO musiały pogrozić oficerowi palcem za łamanie procedur. Póki media interesowały się sprawą, zarówno cywilna prokuratura, Bundeswehra, jak i parlament udawały, że chcą wyjaśnić sprawę i wyciągnąć wobec mordercy surowe konsekwencje. Co więcej: Gdy wyszło na jaw, że szef MON - Franz-Josef Jung - ukrywał skalę zbrodni, został on pokazowo zdymisjonowany. Po jakimś czasie jednak awansował. I to wysoko - wprost na cieplutki fotel ministra pracy. Można przypuszczać, że teraz będzie ukrywał skalę bezrobocia.

Od powrotu z Afganistanu Klein służy jako szef sztabu 13. Dywizji Grenadierów Pancernych. Opinia publiczna, wierząc zapewnieniom organów ścigania, była pewna, że bandyta zostanie pociągnięty do odpowiedzialności za masakrę na cywilach. A tutaj taka niespodzianka: Prokuratura cywilna i wojskowa odmówiły wszczęcia śledztwa. Ministerstwo "Obrony Narodowej" RFN dodało, że pułkownik nie zostanie też upomniany, bo "nie znaleziono" dowodów na złamanie przez niego jakichkolwiek przepisów. A przecież sam sprawca wyznał przed komisją śledczą, że dręczy go sumienie, bo przyłożył rękę do śmierci afgańskich kobiet i dzieci.

Niemcy są pełni oburzenia z powodu zmowy wojskowych i reakcyjnych polityków, którzy gotowi są wysyłać (i wysyłają!) niemieckie oddziały, by grabiły inne kraje i mordowały ich mieszkańców. Jednak głos społeczeństwa nie jest przez reżim brany pod uwagę. W grę przecież wchodzą gigantyczne zyski imperialistów i koncernów, choćby zbrojeniowych. Stawka jest zatem bardzo wysoka. Wygląda na to, że zasłużona i surowa kara spotka sprawców pohańbienia słowa "Niemiec" - dopiero w odrodzonej Niemieckiej Republice Demokratycznej.

***

22.08.2010

Przepis na pracownika-robota


"Le Monde" alarmuje, że coraz więcej robotników we Francji, w wyniku stresu, lęku o swoją "wydajność" i presji ze strony tzw. pracodawców, popada w nałogi. Wachlarz środków, które są zmuszeni zażywać jest bardzo szeroki: od napojów energetyzujących aż po heroinę.

Według danych Międzyministerialnej Misji do walki z Narkotykami i Uzależnieniem (MILDT), aż 10% francuskiego proletariatu nie jest w stanie pracować bez narkotyków. "Michel Hautefeuille, psychiatra z ośrodka Marmottan zajmuje się osobami, które biorą narkotyki z powodu pracy: Moi pacjenci to nie narkomani, lecz uzależnieni. Są jak sportowcy, tylko że ich wyścig odbywa się na co dzień. Narkoman bierze narkotyk dla efektu, który wywołuje. To cel sam w sobie. Uzależniony traktuje narkotyk jako sposób na zwiększenie swojej wydajności."

Czasopismo informuje, iż zawody, w których "bierze się" najczęściej to: kierowcy ciężarówek, marynarze, kelnerzy i personel medyczny. Hautefeuille wyjaśnia: "Przychodzą do mnie też pracownicy poczty. Poczta oferuje coraz więcej usług, a zatrudnia coraz mniej osób. Ludzie stoją w kolejkach i potem wyżywają się na pracowniku w okienku. Pracownicy narażeni są na wielki stres."

Beatrice, matka czwórki dzieci, przez dziesięć lat była listonoszką, po czym przeszła do pracy w dziale sortowania przesyłek. Relacjonuje gazecie: "Atmosfera jest coraz gorsza. Na przykład mój szef, kiedy uzna, że jakiegoś dnia za często robię sobie <<przerwę na siku>>, chodzi za mną do toalety, czeka przed drzwiami i notuje, ile czasu tam byłam. W czerwcu zaczęłam brać leki przeciwlękowe. Czasem przed wyjściem do pracy dzwonię do mojego lekarza, tak się boję tam iść."

Zdaniem Michela Hautefeuille’a poczucie zagrożenia wzrasta: "Stres jest silniejszy, bo kryzys sprawia, że nie wystarczy dobrze pracować, żeby nie bać się utraty posady." Nicole Aubert, autor książki "Culte de l’urgence", tłumaczy: "Zarządzanie personelem jest wzorowane na strategii zarządzania zapasami, zwanej just-in-time. Otóż każdy pracownik musi być natychmiast skuteczny, czas na adaptację uważany jest za nieopłacalny, to czas stracony. Wraz ze stresem pojawia się poczucie, że nie potrafimy stanąć na wysokości zadania. Niektórzy, nie biorąc twardych narkotyków, potrafią wpędzić się w chorobę pijąc kawę i napoje energetyzujące typu Red Bull." Magazyn przytacza przykład pani Mauve, 25-latki kierującej działem public relation w pewnej paryskiej firmie, która żeby "trzymać poziom" w czasie nawału pracy piła ponad litr kawy dziennie. A więc piętnaście filiżanek espresso.

Nawet burżuazyjni "eksperci" przyznają, że "firmy działają trochę jak kluby sportowe: Dopóki nie wybuchnie skandal, siedzą cicho. Spożycie produktu, wyniki i wydajność nie stoją już ze sobą w niezgodzie, wręcz przeciwnie - przynajmniej na krótką metę." Z tą analizą w pełni zgadza się Sidonie, która pracowała jako kelnerka w klubie nocnym na Korsyce. Młoda dziewczyna, studentka, brała kokainę, żeby znieść szok całonocnej pracy. Dziewczyna mówi bez ogródek: "Nasz szef wie, że bierzemy kokainę, widzi, że pracownicy co pół godziny wychodzą do toalety. Nic nie mówi. To go urządza, że mamy nadludzką siłę".

Widzimy więc, że kapitalizm polega nie tylko na ordynarnym okradaniu pracownika z wartości dodatkowej, ale oprócz tego na eksploatowaniu go do granic fizycznej wytrzymałości. Coraz częściej te granice zostają jednak przekroczone. Wszak na miejsce jednego martwego robotnika, wyzyskiwacz może nająć któregoś z ogromnej rzeszy bezrobotnych, gotowych na wszystko, aby nie umrzeć z głodu.

***

20.08.2010

Szprotki zjedzone przez rekiny


W warunkach panowania monopoli, konkurencja staje się szczególnie rujnująca, zawzięta i bezwzględna. Oto "Dziennik Gazeta Prawna" informuje, że od początku bieżącego roku aż 761 polskich przedsiębiorstw zostało postawionych w stan likwidacji i upadłości. Możliwe, że pod koniec roku liczba ta będzie się kształtować w granicach dwóch tysięcy. Niektóre sklepy zanotowały spadek obrotów nawet o 30 %. Sytuacja jest jasna: Handel tonie w długach i nadciąga fala bankructw.

"W najgorszej sytuacji znalazła się branża spożywcza. Na koniec czerwca niemal 16 tys. firm zalegało z płatnościami wobec swoich kontrahentów. Zwiększyła się ogólna kwota z tytułu przeterminowanych faktur - wyraźnie przekracza już 1 mld zł. Kryzys zbiera obfite żniwo także w branży RTV i AGD. Popyt na telewizory w I kwartale był mniejszy o 16 proc., a w II kwartale sytuacja się nie poprawiła. W magazynach zalegają tysiące odbiorników, tony kosmetyków, partie sprowadzonych z fabryk pralek i lodówek. Nie ma ich kto kupować, bo Polacy trzymają gotówkę na czarną godzinę. Handlowcy obawiają się, że ich sytuację dodatkowo pogorszy wzrost stawek VAT." - pisze gazeta, nie podając jednak wprost, że ludzi po prostu nie stać na kupno takich produktów, a poza tym w warunkach kapitalizmu panuje anarchia produkcji, więc produkcja nigdy nie jest dostosowana do potrzeb społeczeństwa.

Magazyn dodaje: "Oczywiście tam gdzie jedni tracą, inni zyskują. Na kryzys w handlu nie narzekają firmy windykacyjne. Handel  długami rośnie w błyskawicznym tempie. Sama tylko Grupa Kruk w I półroczu dokonała zakupu wierzytelności o wartości 456 mln zł. Szef Grupy - Piotr Krupa ocenia, że w tym roku portfele sprzedawanych należności mogą osiągnąć wartość ponad 7 mld zł, a szczyt sprzedaży nastąpi w latach 2011-2012, gdy banki będą intensywnie oczyszczały bilanse ze złych długów."

O co w tym wszystkim chodzi? Skąd te plajty? Otóż dawno temu, w okresie panowania wolnej konkurencji, na rynku zwalczało się wzajemnie wielu pojedynczych przedsiębiorców. Obecnie wstępują do walki potężne związki kapitalistów. Opanowują one znaczną część produkcji danego towaru, wykupują źródła surowców, dysponują za pośrednictwem banków i towarzystw akcyjnych obrotem środków pieniężnych. Choć monopole nie obejmują całej produkcji społecznej, to zajmują w gospodarce pozycję panującą. Wykorzystując ten stan rzeczy, zwiększają swe zyski łupiąc niemiłosiernie robotników, rolników a nawet odbierają część zysków przedsiębiorstwom z gałęzi jeszcze nie zmonopolizowanych.

Monopole mogą też sztucznie śrubować ceny na towary. W dobie wolnej konkurencji, wobec istnienia wielkiej liczby odrębnych przedsiębiorstw, operacje takie nie mogły być długotrwałe. Gdyby jakiś przedsiębiorca zaczął sprzedawać towary po wygórowanych cenach, inni kapitaliści wnet by je obniżyli drogą konkurencji. "Ale to już było i nie wróci więcej". Sam rozwój sił wytwórczych sprawił, że kapitalizm przedmonopolistyczny przerodził się w imperializm. W efekcie panujące na rynku monopole mogą utrzymywać ceny przez dłuższy czas na wysokim poziomie, ograniczać rozmiary produkcji w swych przedsiębiorstwach, zablokować dostęp do surowców a nawet po prostu zniszczyć zapasy towarów. W ten sposób znaczna część towaru jest sprzedawana już nie po cenach wolnorynkowych, lecz po cenach dyktowanych przez wszechwładne monopole.

Dla monopoli sprawą najważniejszą jest pozbyć się konkurenta, zniszczyć go. W razie potrzeby należy ponosić nawet ofiary. Gdy już dana organizacja monopolistyczna opanuje całkowicie rynek, może wówczas od razu podnieść ceny i wyrównać stokrotnie straty poniesione uprzednio. Oto typowy obrazek z Polski: do małej miejscowości zawitał supermarket. Najpierw wabił mieszkańców wręcz niewiarygodnie niskimi cenami. Praktykę tę stosował, dopóki nie upadły wszystkie sklepy spożywcze w danej miejscowości. Od tej chwili monopolista zdejmował maskę i odbijał sobie na kupujących wszelkie dotychczasowe wyrzeczenia, windując ceny tak, jak to mu się podobało.

W ciągu ponad stu lat burżuazja wysławiała pod niebiosa "wolną konkurencję" jako największą zdobycz cywilizacji, ogłaszała ją koniecznym warunkiem wolności jednostki, rozwoju inicjatywy i przedsiębiorczości. I dziś propaganda stara się zamydlić ludziom oczy taką wizją "kapitalistycznego raju". Jednak w epoce imperializmu konkurencja - "wojna wszystkich ze wszystkimi" - staje się szczególnie rujnująca. Fakt, że wywołuje tak fatalne skutki, czyni ją bardzo niepopularną w oczach większości społeczeństwa. W odpowiedzi na to, burżuazyjni krętacze i ich klakierzy z tytułami naukowymi, zaczęli obłudnie potępiać "nieuczciwą konkurencję", przeciwstawiając jej "uczciwą konkurencję". Na zjeździe niemieckich bankierów w Kolonii w roku 1928 wygłoszono nawet specjalny referat pt. "O konkurencji uczciwej i nieuczciwej". Interesujący jest ostateczny wniosek referatu, szczerze i otwarcie sformułowany przez mówcę: "Uczciwa konkurencja - to taka, którą ja stosuję wobec swojego konkurenta. Nieuczciwa - to taka, którą on stosuje wobec mnie". I wszystko jasne.

Na nic się zatem nie zdadzą snute przez rujnowanych drobnych handlowców marzenia o możliwym powrocie do "prawdziwego" kapitalizmu, gdzie - w przeciwieństwie do "socjalizmu" (jak błędnie określają oni współczesne stadium kapitalizmu) - nie dominują monopole. Jedynym wyjściem jest obalenie kapitalizmu i budowa ustroju socjalistycznego.

***

18.08.2010

Smak wolności dzięki "Solidarności"


W rezultacie zwycięstwa kontrrewolucji w Polsce w roku 1989 i przywrócenia kapitalizmu, nastąpiło załamanie gospodarcze. Ogromne bezrobocie i pozbawienie społeczeństwa zdobyczy socjalnych oraz brak perspektyw na przyszłość zmusiło miliony Polaków, zwłaszcza młodych, do emigracji "za chlebem". Lecz na Zachodzie również pogłębia się kryzys gospodarczy. Uchodźcy z Polski odczuwają go bardzo boleśnie. Często nie stać ich na mieszkanie i lądują na ulicy. A tam smakują "wolnego Świata".

Według przytoczonych przez "Gazetę Wyborczą" raportów londyńskich organizacji humanitarnych, wielu przybyszów z Europy Wschodniej, w tym Polacy, żyje w tak ogromnej nędzy, że aby nie umrzeć z głodu zmuszeni są jeść szczury. Jeremy Swain (szef organizacji Thames Reach) przyznał w rozmowie z dziennikiem "The Guardian", że jego pracownicy widzieli w Londynie mnóstwo bezdomnych Polaków żywiących się gryzoniami. Megan Stewart (pracownica Thames Reach) twierdzi, że trzykrotnie widziała tam szczury piekące się na ruszcie albo gotujące w kociołku nad ogniskiem. Dodała: "To najgorsza rzecz jaką widziałam przez 30 lat pracy z bezdomnymi". Rzecz jasna podobne przykłady można mnożyć... Howard Sinclair stojący na czele organizacji charytatywnej "Broadway" potwierdził te doniesienia i zaznaczył, że wśród prawie 4 tysięcy bezdomnych koczujących na ulicach Londynu, wielu jest uchodźców z "nowych państw Unii" (czyli tych, w których socjalizm został obalony przez kontrrewolucję), najwięcej z Polski.

Na szczęście zacni i współczujący dżentelmeni z inspekcji żywności czuwają nad dobrobytem obywateli i cudzoziemców: "Musieliśmy ich ostrzec. W odróżnieniu od szczurów w ich krajach, szczury w Londynie są pełne trucizny. Spożywanie szczurów stanowi niebywałe zagrożenie zdrowotne".

Tymczasem polskie środki masowego przekazu przy pomocy gigantycznej kampanii propagandowej starają się hucznie upamiętnić trzydziestą rocznicę powstania "Solidarności" - związku zawodowego, który zniszczył państwo ludzi pracy wykorzystując właśnie ludzi pracy. A wszystko w interesie kapitalistów, którzy uczynili teraz z Polski swoją kolonię, której ludność i zasoby mogą bezkarnie i bez ograniczeń eksploatować. Warto przypomnieć, z okazji zbliżającej się rocznicy "porozumień sierpniowych", że nasi rodacy wegetujący w Londynie - właśnie "Solidarności" zawdzięczają biedę, poniżenie i niepowtarzalny smak chrupiącego, dobrze przypieczonego szczura.

***

16.08.2010

Kapitalizm uderza też w młodych


Według raportu Międzynarodowej Organizacji Pracy, globalne bezrobocie młodzieży w tym roku ma osiągnąć rekordowy poziom. Już ponad 81 milionów z 630 milionów młodych ludzi na całym świecie, w wieku od 15 do 24 lat, pozostaje niezatrudnionych. (Wzrost o 7,5 miliona w porównaniu z rokiem 2007).

"Tendencje odnośnie bezrobocia będą miały poważne konsekwencje dla młodych ludzi, którzy coraz częściej dołączają do grona bezrobotnych" - podkreślają autorzy opracowania. Według badaczy, obecny kryzys kapitalizmu najbrutalniej uderzył we wchodzących w dorosłe życie. Juan Somavia, dyrektor generalny MOP, dodaje: "W obecnej sytuacji inwestycje w edukację zostaną utracone. Powoduje to, że wielu młodych ludzi dostaje się w krąg ubóstwa, z którego trudno się wyrwać".

Co o tym wszystkim sądzić?

Poszczególnym ludziom, którzy nie znają ekonomicznych praw rozwoju kapitalizmu, bezrobocie wydaje się nieszczęśliwym przypadkiem, rezultatem niepomyślnego zbiegu okoliczności lub osobistej niechęci przedsiębiorcy. Ale wszystkie niezliczone wypadki bezrobocia poszczególnych robotników wywołane zostały nie przez zrządzenie losu. Odkryte przez Marksa prawo akumulacji kapitału wykazuje, że powołanie do życia stałej rezerwowej armii przemysłu jest nieuniknionym rezultatem rozwoju kapitalizmu i nieodzownym warunkiem jego istnienia.

Bezwzględna ilość zatrudnionych robotników może się powiększać. W porównaniu jednak ze wzrostem wielkości całego kapitału, tempo wzrostu ilości zatrudnionych robotników pozostaje w tyle. W umysłach ludzkich odbija się to zjawisko w formie wypaczonej. Wydaje się, że absolutny przyrost naturalny ludności robotniczej dokonuje się szybciej niż wzrost kapitału zmiennego. W rzeczywistości ludność robotnicza, zbędna z punktu widzenia potrzeb kapitału, pojawia się tylko dlatego, że kapitał zmienny rośnie wolniej niż cały kapitał społeczny.

Stąd Marks wysnuwa następujący wniosek: klasa robotnicza, dokonując akumulacji kapitału, sama stwarza środki produkcji, które zastosowane jako kapitał wyrzucają robotników na bruk i wytwarzają "zbyteczną" ludność. Owa ludność rośnie szybciej niż popyt kapitału na siłę roboczą, ponieważ wprowadzone ulepszenia środków produkcji stosunkowo coraz bardziej zmniejszają zapotrzebowanie na robotników, zaś innowacje techniczne, odnawianie całego kapitału trwałego, powodują wyrzucanie coraz to nowych mas robotników na rynek pracy. Poza tym, ponieważ wprowadzenie nowych maszyn zawsze pociąga za sobą wzrost intensywności pracy, to nadmierny wysiłek do jakiego kapitaliści zmuszają robotników sprawia, że bezrobocie stale się utrzymuje. Ilekroć ludzie pracy usiłują przeciwstawić się pogłębieniu wyzysku i obniżeniu zarobków, tylekroć kapitaliści grożą zwolnieniem niepokornych i przyjęciem na ich miejsce bezrobotnych, gdyż pod naciskiem głodu i nędzy są oni gotowi podjąć pracę na najnędzniejszych warunkach.

Również wahania płacy roboczej związane są właśnie ze zmianami ilości bezrobotnych, nie zaś absolutnej liczebności klasy robotniczej. W okresach ożywienia w przemyśle płaca robocza zwykle wzrasta, gdyż armia rezerwowa się zmniejsza. Podczas kryzysów liczba bezrobotnych gwałtownie wzrasta, a płaca robocza spada.

Kapitalista z jednej strony powiększa podaż siły roboczej wyrzucając na ulicę robotników, których pracę zastąpił maszyną, z drugiej zaś strony zmniejsza płacę roboczą zatrudnionych robotników i wyciskając z nich większe ilości pracy unika tym samym konieczności najmowania nowych robotników.

Czy - jeśli weźmiemy to pod uwagę - kapitaliści mogą na serio dążyć do zlikwidowania bezrobocia? W żadnym wypadku! Żaden kapitalista nigdy za nic w świecie nie zgodzi się na całkowitą likwidację bezrobocia, na zniesienie rezerwowej armii bezrobotnych, której przeznaczeniem jest przecież wywieranie nacisku na rynek pracy i zapewnianie dopływu tanio opłacanych rąk roboczych. Jedynym sposobem na odesłanie bezrobocia na śmietnik historii, jest obalenie kapitalizmu i zastąpienie go ustrojem socjalistycznym.

***

14.08.2010

Indie umierają z głodu


Nawet wiernopoddańczy wobec kapitalistów "The New York Times" musiał przyznać, że sprawy na subkontynencie indyjskim nie mają się zbyt dobrze dla jego mieszkańców. Stulecia wyzysku kolonialnego i obecny wyzysk imperialistyczny sprawiły, że przeżycie w Indiach jest nie lada wyzwaniem. Zwłaszcza teraz, gdy drastycznie zwiększyła się liczba głodujących.

Rządzące krajem ekipy, starając się opóźnić wybuch rewolucji socjalistycznej, wprowadziły specjalny system dystrybucji żywności, który w kapitalistycznym kraju poprawił jednak kondycję wyłącznie najbogatszych. Dlaczegóż to? Gazeta informuje: "Biedę panującą w wiejskich obszarach Indii wykorzystują lichwiarze, oferujący pożyczki na horrendalny procent. Niektórzy rolnicy oddają im swoje kartki na żywność jako zabezpieczenie. – Ludzie przychodzą do mnie po pieniądze, kiedy zachoruje im dziecko, albo jak potrzebują gotówki na wyjazd za pracą - mówi jeden z pożyczkodawców Salim Khan. - Dopóki mi nie zapłacą, trzymam ich przydziały żywieniowe - dodaje. Khan wykorzystuje kartki swoich wierzycieli, by kupować dotowane zboże w państwowych sklepach. Potem sprzedaje je z sześciokrotnym przebiciem. Różnicę w cenie traktuje jako odsetki od kredytu. - Inni też tak robią". - tłumaczy się spekulant.

Łapownictwo też jest - nomen omen - chlebem powszednim. "Rządowi inspektorzy wyłudzają miesięczne haracze od sprzedawców handlujących dotowanym zbożem. Ci sami sprzedawcy przekupują lokalnych urzędników. Z kolei lichwiarze wsuwają pieniądze do kieszeni sprzedawców, żeby ci pozwolili im wykorzystać kartki żywieniowe i odebrać dotowane zboże, cukier i paliwo." Reasumując: prawie 3/4 budżetu szacowanego na około 12 miliardów dolarów jest marnowane, kradzione bądź wchłaniane przez biurokrację i transport. Efekt? W najbiedniejszych stanach w nędzy żyje około 421 milionów osób - więcej niż w 26 najuboższych państwach Afryki. Około 42% wszystkich indyjskich dzieci poniżej 5. roku życia ma niedowagę.

Dziennikarze burżuazyjnej gazety nie będąc w stanie zataić oczywistych faktów, zmuszeni są nakreślić prawdziwy obraz kapitalistycznych Indii: "W ponurym szpitalu okręgowym, gdzie psy włóczą się po korytarzach w poszukiwaniu jedzenia, dzieci Ratana Bhurii leżą skulone, wycieńczone i głodne. Czteroletnia Nani waży 9 kilogramów, dwuletni Jogdiya - zaledwie 3,5 kg. Pogrążona w długach rodzina Ratana powinna otrzymywać tanie paliwo do gotowania oraz jedzenie dotowane przez państwo - ale nie otrzymuje. Starsze dzieci powinny chodzić do szkoły, gdzie przysługuje im darmowy obiad - ale nie chodzą. Takich ludzi jest w całych Indiach mnóstwo. Miejscowe media w Jhabui informowały niedawno o rosnącej liczbie przypadków śmierci dzieci w wyniku niedożywienia. Tymczasem Bhuria trzy razy ubiegał się o przydział żywności i za każdym razem mu odmawiano. Sześć lat temu mężczyzna wpadł w ogromne długi. Zastawił swoją ziemię w zamian za pożyczkę w wysokości 150 tysięcy rupii (około 3,2 tys. dolarów)." A to dopiero początek jego nieszczęść...

"Bhuriowie musieli wyjechać do sąsiedniego stanu Gudżarat, gdzie znaleźli pracę. Emigrowanie do Gudżaratu w poszukiwaniu zatrudnienia to wśród rolników z Jhabui powszechna praktyka, jednak kartki na jedzenie mogą realizować wyłącznie w swojej miejscowości, więc często mają problem z wykarmieniem swoich rodzin. Kiedy w lipcu emigranci wrócili do swoich gospodarstw, by obsiać pola, szpitalne oddziały zaczęły się zapełniać niedożywionymi dziećmi. - To jest stały cykl - mówi dr I.S. Chauhan ze szpitala okręgowego w Jhabui. - Matki także są niedożywione. Pracują cały dzień i nie mają możliwości zajmować się potomstwem - wyjaśnia lekarz."

Nic więc dziwnego, że ludy Indii powstają przeciwko kapitalistom i obszarnikom (w tym przeciw kapłanom hinduskim - jednym z największych posiadaczy ziemskich). Rosną szeregi organizacji komunistycznych i partyzantki chłopskiej. Jednak burżuazja nie daje za wygraną. Stosując terror, prowokacje i podsycając waśnie religijne, usiłuje sparaliżować ruch komunistyczny. W tym celu posługuje się również lewackimi bandami określającymi się jako "maoiści", które mordują członków i sympatyków partii komunistycznych. Mimo wszelkich trudności, masy ludowe nie poddają się i walczą dzielnie o nowe, socjalistyczne Indie.

***

12.08.2010

Rząd uderza w emerytów


Reżim bogaczy ma na celu utrzymanie Polski w zależności od wielkiego kapitału, a obywateli w nędzy, poniżeniu i wyzysku. W tym celu władze za pośrednictwem środków masowego przekazu usiłują, między innymi, szczuć młodych bezrobotnych przeciwko emerytom, a życie ludzi starszych czynić jak najbardziej uciążliwym.

Od jakiegoś czasu w telewizji, radiu i prasie rozlegają się głosy szemranych "ekspertów", jacy to emeryci są chciwi, zawistni i leniwi. Podobno żyjąc zbyt długo, a przechodząc na emeryturę zbyt wcześnie, stają się ciężarem dla "produktywnej" części społeczeństwa. Ideałem pismaków są więc ludzie pracujący aż do 75. a nawet - bo czemu nie? - do 90. roku życia. Harujący do śmierci. Perfidny plan: "Niech Polacy pracują aż do wykończenia się, a wtedy nie będziemy musieli wpłacać im świadczeń emerytalnych". Nic więc dziwnego, że prawo przejścia na wcześniejszą emeryturę dla np. górników to - zdaniem burżuazyjnych gadzinówek - skandaliczny luksus i przywilej, który trzeba czym prędzej odebrać. Burżuazji nie obchodzi fakt, że emeryci przez całe życie ciężko i ofiarnie pracowali, więc nikt tym ludziom łaski nie robi!

Polska jawi się w mass mediach jako kraj, którego nędza wypływa nie z kapitalizmu, lecz z faktu, że nieliczni "młodzi, wartościowi ludzie" muszą pracować na coraz liczniejszych ludzi zbędnych, bo starszych i chorych - na emerytów. Rzecz jasna żaden dyżurny komentator nawet się nie zająknie, że kapitalizm wygnał miliony młodych Polaków na tułaczkę za chlebem. Wielu zmuszonych jest imać się najcięższych, najbardziej niebezpiecznych i najgorzej opłacanych zajęć. Jednak jest bardzo wątpliwe, aby wrócili do "kraju lat dziecinnych", gdzie czeka ich bezrobocie i po prostu śmierć głodowa. Ale o tym wszystkim kapitalistyczna propaganda milczy. Wzywa zamiast tego do "wypełniania obywatelskiego obowiązku" i... posiadania jak największej liczby dzieci, aby "było komu utrzymywać emerytów-pasożytów".

Nieistotne dla niej jest, że środki niezbędne do utrzymania i wykształcenia dziecka przekraczają w dzisiejszym ustroju możliwości większości Polaków. Oto dlaczego w Polsce Ludowej utrzymywała się wysoka liczba urodzeń, a w III RP władzom spędza sen z oczu "niż demograficzny". Jednak ani świeccy ani kościelni wielkorządcy RP nie martwią się losem obecnych ani przyszłych obywateli. Jest jak w pochodzącej z l. 90. rymowance: "O polityce prorodzinnej wszędzie pełno krzyku, a noworodków wciąż przybywa. Tyle że w śmietniku".

Aby zmusić pracujących do zaakceptowania rządowych planów podwyższenia wieku emerytalnego, "elity" postanowiły: "Emeryci, pracujący obecnie na etacie, będą musieli zwolnić się z pracy albo zrezygnować z emerytury. Dzisiejsi emeryci etatowcy będą więc musieli się zwolnić. Będą na to mieli pięć miesięcy od chwili wejścia w życie ustawy. Po rozwiązaniu umowy pracodawca będzie mógł emeryta z powrotem przyjąć do pracy. Lub nie. Zależy to tylko od jego dobrej woli." - informuje Gazeta Wyborcza.

Planowana przez Ministerstwo Pracy nowelizacja ustawy zmieniającej zasady łączenia pracy z emeryturą uderzy boleśnie w najbiedniejszych emerytów, którzy by przeżyć zmuszeni są dorabiać. "Od 8 stycznia 2009 r. Polacy mogą łączyć emeryturę z pracą bez konieczności zwalniania się z dotychczasowego zakładu. Nie muszą też informować swojego pracodawcy o tym, że pobierają świadczenie z ZUS. Jest ich ok. 50 tys. w całym kraju." - szacuje dziennik.

Już w tym roku burżuazyjni politycy mają zamiar wprowadzić niekorzystne dla emerytów unormowania. "Dla oszczędności. Ministerstwo szacuje, że na zmianie przepisów zaoszczędzi 700 mln zł rocznie. Liczy, że spośród ok. 300 tys. osób przechodzących co roku na emeryturę część po niekorzystnej zmianie przepisów zdecyduje się na ten krok dużo później. Tym samym nie trzeba im będzie zbyt szybko wypłacać emerytur." - dodaje czasopismo.

Tak się właśnie sprawy mają. Dopiero gdy kapitalizm zostanie obalony i zastąpiony przez socjalizm, staną się rzeczywistością słowa pieśni radzieckiej:

"(...) Niby Wołga życie wartko bieży,
aby w przyszłość jasne wody nieść.
Wszystkie drogi na ścież dla młodzieży,
siwym włosom zasłużona cześć.

(...) I pomieści wszystkich nasza chata,
nie skąpimy nagród ani braw,
alfabetem złotym w dziejach świata
błyszczy księga stalinowskich praw.
W jasną przyszłość droga nam, rodacy,
naszych kroków nikt nie zwróci wstecz,
u nas człowiek prawo ma do pracy,
u nas uczyć się - to ważna rzecz."

***

10.08.2010

Oblicza perfidii


Kapitaliści nie cofają się przed niczym, aby osiągnąć jak największe zyski. Obławiają się zarówno kosztem mas pracujących jak i bezrobotnych. Na usługach mają gigantyczny aparat przemocy i propagandy - czyli państwo, media i specjalnie szkolonych "ekspertów". Metody eksploatacji ludzi stają się więc coraz bardziej perfidne.

Od początku 2010 roku w samej tylko Warszawie do inspekcji pracy zgłosiło się kilkadziesiąt osób oszukanych przez "przedsiębiorców", którzy najpierw proponowali doprowadzonym do ostateczności bezrobotnym "pracę na próbę", a już po jej wykonaniu odmawiali zapłaty wynagrodzenia. Dariusz Mińkowski z Okręgowego Inspektoratu Pracy w Warszawie tłumaczy Informacyjnej Agencji Radiowej: "Odzyskanie należnej wypłaty jest w tej sytuacji bardzo trudne - nawet przed sądem, bo bardzo często współpracownicy <<zapominają>> o tym, że pracowali z daną osobą, lub wręcz zeznają na korzyść pracodawcy." Kodeks pracy pozwala jednak na zatrudnianie na tzw. okres próbny, tyle że obwarowuje to pewnymi warunkami. Najmujący cudzą siłę roboczą wiedzą jednak, że w Polsce rządzonej przez bogaczy nikt im nie podskoczy, a już na pewno nie jakieś inspekcje. Dlatego z entuzjazmem kontynuują swój proceder, zbijając na nim duże pieniądze.

Ogólnie "pracodawcy" są pełni optymizmu. Wszak im bardziej kryzys kapitalizmu dławi społeczeństwo, tym więcej możliwości manewru mają wyzyskiwacze. Są przy tym szczerzy do bólu. Już w kwietniu zeszłego roku w rozmowie z mediami przyznawali: "Zasłaniając się kryzysem, zwalniamy ludzi. Podczas boomu pracownicy dyktowali warunki, teraz nasza kolej". Dyrektor zarządzający dużej firmy, z którym rozmawiała gazeta Dziennik, mówi, że nie musiał ciąć kosztów, żeby ratować firmę, ale przeprowadził właśnie zwolnienia i uzasadnił je kryzysem. W jakim celu? "Ja w ten sposób maksymalizuję zysk" - odpowiedział z dumą.

Nic nowego pod Słońcem. Kryzysy kapitalizmu zawsze pociągają za sobą dokonywany w skali masowej ponowny podział dochodu narodowego. I tak już na ogół mały udział robotników w dochodzie narodowym zmniejsza się jeszcze bardziej. Kryzys spada na nich całym swym ciężarem. Wzrastające bezrobocie i obniżenie płacy roboczej doprowadzają ludzi pracy do nędzy, wzmagają do ostatecznych granic niepewność dnia jutrzejszego, która towarzyszy robotnikowi w ustroju kapitalistycznym od kolebki do grobu. Podczas gdy magazyny przepełnione są towarami, robotnicy skazani są na głód.

Stalin pisał: "Ta niedająca się pogodzić sprzeczność między charakterem sił wytwórczych a stosunkami produkcji ujawnia się w periodycznych kryzysach nadprodukcji, kiedy kapitaliści nie znajdując mogących zapłacić za towar nabywców, gdyż sami doprowadzili masy ludności do ruiny, muszą palić produkty, niszczyć gotowe towary, zawieszać produkcję, niszczyć siły wytwórcze, gdy tymczasem miliony ludzi muszą cierpieć wskutek bezrobocia i znosić głód nie z powodu braku towarów, lecz ponieważ wyprodukowano ich zbyt dużo". ("O materializmie dialektycznym i historycznym").

Żadne wysiłki rządu i mediów nie zdołają ukryć faktu, że kryzysy zaostrzają przeciwieństwa klasowe i potęgują walkę klasową. Kryzysy wykazują robotnikom, że w ramach kapitalizmu skazani są na przymieranie głodem i że jedynym ratunkiem jest obalenie tego zbrodniczego ustroju. Kryzysy wykazują obiektywną nieuchronność krachu kapitalizmu i przyczyniają się do wzrostu rewolucyjnej świadomości robotników. Lecz przebieg kryzysu pokazuje zarazem, że burżuazja znajduje z niego wyjście kosztem mas ludowych, że obalenie kapitalizmu nie odbywa się automatycznie. Kapitalizm może zostać unicestwiony tylko na skutek świadomej działalności klasy robotniczej, organizowanej i jednoczonej przez partię komunistyczną.

***

8.08.2010

Zbrodnie kapitalizmu w Australii


Aborygeni - rdzenni mieszkańcy Australii - byli od kilkuset lat rabowani, prześladowani i poniżani przez kapitalistyczny reżim. Kosztem potu i krwi klasy robotniczej oraz ludności tubylczej, obszarnicy i fabrykanci zbudowali swoje bogactwo. Konsekwencje tego widoczne są po dziś dzień.

Wywłaszczanie Aborygenów przejawiało się również w tym, że sądy często orzekały w procesach o ziemię, iż przed przybyciem kolonizatorów kontynent był bezludny. Jakby mało było tych szykan, na początku XX wieku rząd oficjalnie uznał Aborygenów za gatunek fauny kontynentu. Aż do lat 70. codziennością było zabieranie dzieci aborygeńskim rodzicom i oddawanie ich na wychowanie organizacjom religijnym i szemranym "opiekunom", gdzie były często bite, gwałcone i wykorzystywane do niewolniczej pracy. Zabierając tubylcom ziemię starano się też jak najszybciej doprowadzić do ich eksterminacji. W tym celu m. in. stosowano sterylizację, pozbawiano ich dostępu do opieki medycznej oraz rozpijano.

Ta zbrodnicza polityka przyniosła oczekiwane przez kapitalistów rezultaty: "Dziś rdzenni Australijczycy w ponad 20-milionowym narodzie żyją najczęściej w nędzy - i średnio 20 lat krócej niż biali. Tylko 39% aborygeńskich dzieci kontynuuje naukę do 12. roku życia, a ledwie 4% rdzennych mieszkańców kończy wyższe uczelnie. Bezrobocie wśród nich jest trzy razy większe niż wśród białych." - pisze Gazeta Wyborcza. Natomiast portal Lewica.pl dodaje: "Tubylcza ludność wciąż umiera 20 lat wcześniej niż jej biali odpowiednicy, a śmiertelność niemowląt rodzonych przez aborygeńskie matki jest dwukrotnie wyższa niż tych, które zostały powite przez inne Australijki."

Działacze zajmujący się obroną praw dzieci alarmują, że sytuacja aborygeńskich niedobitków jest na tyle tragiczna, że aby uratować ich przed śmiercią głodową niezbędna jest zakrojona na szeroką skalę pomoc humanitarna z udziałem np. Międzynarodowego Czerwonego Krzyża. Z dochodzenia władz lokalnych wynika - podaje The Independent - że najbardziej narażeni na zagłodzenie są najmłodsi tubylcy. Wolontariusze opiekujący się rdzennymi Australijczykami "proponują zwiększenie liczby personelu, który aktualnie składa się z ośmiu osób zajmujących się 14 tysiącami ludzi, a także prowadzenie intensywnych lekcji bycia rodzicem dla uczniów w wieku 13 lat. Duża liczba młodych ludzi w wieku od 15 do 24 lat ma bowiem w tym rejonie co najmniej jedno dziecko."

Oczywiście australijskie władze nigdy nie kiwnęły nawet palcem (bo czymże są, przypominające farsę, szeroko nagłaśniane "programy pomocowe"?) by pomóc wyjść obywatelom z nędzy. Spełniając polecenia swych kapitalistycznych mocodawców, czynią wszystko, aby maksymalnie wykorzystać zarówno rdzennych jak i napływowych mieszkańców kontynentu. Wszak kapitalizm to ustrój opierający się na bezlitosnym wyzysku. Bardzo boleśnie przekonują się o tym każdego dnia miliony ludzi od Darwin po Sydney oraz w większości krajów świata.

***

6.08.2010

USA znów napadną na KRLD?


Korea Południowa ogłosiła rozpoczęcie manewrów wojskowych na Morzu Żółtym planowanych na 5 sierpnia i mających trwać pięć dni. W przeszłości podobne "manewry" tej amerykańskiej kolonii, urządzane wespół ze Stanami Zjednoczonymi, stanowiły przykrywkę do przygotowywania inwazji na terytorium Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej oraz utwierdzały kapitalistów w fałszywym poczuciu bezpieczeństwa. Jednak tym razem wybuch konfliktu zbrojnego wisi na wyjątkowo cienkim włosku.

Specjalnym punktem ćwiczeń jest obszar tzw. Północnej Linii Granicznej (NLL) - jednostronnie wytyczony przez USA po Wojnie Koreańskiej odcinek dzielący Morze Żółte pomiędzy KRLD i Koreę Południową. Odcinek, którego Korea Ludowa nigdy nie uznała. Jest oczywiste, że samo nakreślenie takiej linii podziału świadczy o zuchwałości amerykańskiego imperializmu i stanowi akt przemocy wymierzony przeciwko cudzej suwerenności. Czyn ten jest całkowicie nielegalny i urąga wszelkiej logice. Gdy zakończyła się Wojna Koreańska, zaakceptowano linię graniczną biegnącą wzdłuż 38. równoleżnika. Teraz natomiast widzimy, że NLL wykracza daleko na północ poza ustaloną rubież, obejmując niemałą część wód terytorialnych KRLD.

W przeszłości na obszarze "Północnej Linii Granicznej" obie strony starały się utrzymywać stan równowagi, zaś Korea Południowa unikała zbytniej natarczywości wiedząc, że pogwałcenie północnokoreańskich wód terytorialnych może pchnąć półwysep w otchłań wojny. Gdy Koreą Południową rządziły siły w miarę pokojowo nastawione, istniał system łączności między armiami Północy i Południa, pozwalający na wymianę informacji w celu uniknięcia starć na tym obszarze.

Kres dobrym relacjom przyniosło objęcie władzy przez Li Miung Baka, który zniweczył wszelkie programy pokojowej współpracy wcielane w życie od roku 2000. Obecnie nie ma porozumienia między oboma krajami, a prezydent Bak na rozkaz swych amerykańskich mocodawców zamierza przynieść pożogę swemu narodowi.

Dowództwo północnokoreańskie oświadczyło, że jakiekolwiek awantury w pobliżu wysp Paekryong, Taechong i Yonphyon (naruszenie wód terytorialnych KRLD) spotkają się ze stanowczą odpowiedzią. Nie są to słowa bez pokrycia - Ponad 8 milionów żołnierzy i cała potęga jednej z największych armii świata jest gotowa do podjęcia natychmiastowych działań obronnych.

Stany Zjednoczone i ich południowokoreańscy lokaje grają bardzo nierozważnie. Niezwyciężona armia KRLD jest zmęczona ciągłym zagrożeniem ze strony Amerykanów i naruszaniem przez nich swej przestrzeni powietrznej i wód terytorialnych. Dlatego siły imperializmu powinny bardzo dokładnie przekalkulować swoje gry wojenne. Jeśli zachowają dystans, nic się nie stanie. Jeśli jednak wybiorą drogę agresji, poniosą klęskę. Gospodarka Korei Południowej załamie się, jej mieszkańcy zaczną wyjeżdżać z kraju, a USA nie będzie w stanie zatrzymać sił KRLD. Jeśli Amerykanie nie dają sobie rady w starciu z Irakiem, to co powiedzieć o ich szansach w starciu z najpotężniejszą i najbardziej zdeterminowaną armią i przywódcą na świecie? A wtedy Li Miung Bak zostanie zapamiętany jako ostatni prezydent Korei Południowej i zarazem osoba, która doprowadziła swój naród do ruiny, służąc zamysłom imperializmu. - czytamy na stronie internetowej Korean Friendship Association (KFA).

***

4.08.2010

O tym się nie mówi


Akurat w dniu, kiedy rząd przygotowuje zakrojone na ogromną skalę działania wymierzone przeciwko ludziom pracy, burżuazyjne media trąbią o czymś zgoła innym. Dziwnym zbiegiem okoliczności, w chwili obecnej wałkują tematy zastępcze i podsycają histerię wokół pewnej samowolki budowlanej.

Tymczasem Agencja Reutera weszła w posiadanie rządowego dokumentu, zawierającego "plan finansowy", który pod pretekstem walki z deficytem budżetowym wprowadza rozwiązania bardzo korzystne dla kapitalistów, a bardzo niekorzystne dla wyzyskiwanych. Zresztą nic nowego pod słońcem. Żyjemy przecież w państwie burżuazyjnym. Tak więc Rada Ministrów ma zamiar:

1) Podwyższyć podatek VAT już od roku 2011. Wtedy jego stawki przybiorą wartość 5%, 8% i 23%. Minister Waldemar Pawlak obiecał, że podatek na nieprzetworzoną żywność wzrośnie z 3% do 5% (gdyż rząd nie uzyskał od swych mocodawców z Unii Europejskiej pozwolenia na utrzymanie dotychczasowego niższego wskaźnika), zaś na nisko przetworzoną zmaleje z 7% do 5%. Stawka dotycząca leków oraz budownictwa mieszkaniowego ulegnie powiększeniu z 7% do 8%. Ogólnie rzecz biorąc, przez co najmniej 3 lata stawki VAT wzrosną o przynajmniej 1%, tak że również stawkę 22-procentową zastąpi 23-procentowa. Oczywiście rząd zapowiada, że jeśli uzna to za stosowne, stawki VAT zostaną jeszcze bardziej podwyższone w ciągu najbliższego roku.

2) Przyspieszyć wyprzedaż resztek majątku narodowego stworzonego dzięki ciężkiej pracy pokoleń Polaków. Do 2013 roku szabrownictwo w majestacie prawa ma podobno przynieść 55 miliardów złotych, wliczając w to wyprzedaż dalszych pakietów akcyjnych PZU S.A i PKO B.P. Pozostaje pytanie, co się stanie, gdy pieniądze się skończą, nic już nie pozostanie do spieniężenia, a budżet nadal nie będzie się chciał domknąć? Czy wtedy rząd rozpocznie masową akcję sprzedaży nerek obywateli?

3) Zmienić sposób naliczania rent, pozbawić świeżo upieczonych pracowników służb mundurowych pewnych profitów (w tym emerytalnych), wycisnąć jak najwięcej pieniędzy z armii (nie oszczędzając jednak na finansowaniu kapelanów) oraz uprościć i uprzyjemnić życie biznesmenom. Ciekawe jednak o jakich planach cięć rząd nie wspomniał na razie ani słowem...

Tymczasem Komunistyczna Partia Polski w swym Programie Minimum stawia sprawę jasno: "Domagamy się progresywnego, sprawiedliwszego systemu podatkowego. Ograniczenia i zniesienia podatków pośrednich VAT - najbardziej szkodliwych ekonomicznie i społecznie. To progresywne podatki, uzależnione od dochodu, stanowić powinny podstawę wpływów do budżetu państwa. Dodatkowymi podatkami należy obciążyć obrót dobrami luksusowymi, służącymi do konsumpcji na pokaz."

***

2.08.2010

Wiele hałasu o nic


Pojawiły się spekulacje jakoby w KRLD stracono ministra gospodarki z powodu nieudanej reformy monetarnej. Wiadomość ta, sfabrykowana przez południowokoreańską agencję YONHAP, była systematycznie powielana i rozpowszechniania w licznych mediach wielu krajów. - relacjonuje Alejandro Cao de Benos, przewodniczący Koreańskiego Stowarzyszenia Przyjaźni (Korean Friendship Association).

YONHAP powołuje się na "rozmaite źródła monitorujące Północną Koreę", nie uszczegóławiając żadnego z nich. Agencja ta czasem zachowuje obiektywizm, a czasem - jak w tym przypadku - daje się ponieść wyobraźni i pogoni za sensacją. Zależy to zwykle od dziennikarzy publikujących informacje. W KRLD nie ma czegoś takiego jak publiczne czy telewizyjne egzekucje. Natomiast w USA i Chinach wykonywanie kary śmierci - choć nie jest transmitowane - odbywa się w obecności wielu świadków. Ani jedno źródło północnokoreańskie nie poinformowało o straceniu ministra. Nie ma się czemu dziwić, bo pogłoski o tej egzekucji są całkowicie wyssane z palca. Cóż się więc stało?

Ostatnimi czasy Koreańska Republika Ludowo-Demokratyczna dokonała rewaluacji narodowej waluty (WON) w celu osiągnięcia większej równości względem dolara i euro, by zagwarantować równość społeczną i uchronić kraj przed zalewem fałszywek z zagranicy. W przeszłości zostało rozbitych kilka grup przestępczych kopiujących stare WON-y i sprzedających je później przedsiębiorcom. Nabywcy myśleli, że zdołają wymienić fałszywki na euro w Banku Centralnym w Phenianie. Nieświadomi niczego naiwniacy liczyli na znakomity interes: "Teraz kupię za niską cenę milion WON-ów, a później wymienię je po ich rzeczywistej, dziesięciokrotnie większej wartości". Sęk w tym, że wymienić WON-y na euro jest bardzo trudno, a dla cudzoziemców jest to wręcz niemożliwe. W ubiegłym roku musiałem zająć się ponad trzydziestoma skargami ludzi, którzy zostali w ten sposób oszukani. Ważnym elementem układanki była też CIA i jej maszyneria produkująca fałszywe WON-y i usiłująca przepuścić je przez chińską granicę, by zniszczyć północnokoreańską gospodarkę.

Wymiana pieniędzy została wprowadzona i 1 WON ma obecnie wartość 100 starych WON-ów, a oprócz tego zawiera wiele zabezpieczeń chroniących przed podrobieniem. Kapitalistyczna propaganda krzyczy, że z tego powodu wszystko w KRLD podrożało. To kolejne kłamstwo. Ceny zostały bowiem dostosowane do nowej wartości. A zatem to, co niegdyś kosztowało 100 WON-ów, dziś kosztuje tylko 1 WON-a. W rzeczywistości podstawowe produkty konsumpcyjne staniały. Jeśli więc produkty spożywcze kosztowały 3 tysiące WON-ów za kilogram, to teraz trzeba za nie zapłacić nie 30, lecz 20 WON-ów. Natomiast ceny produktów luksusowych (jak perfumy i biżuteria) wzrosły i wynoszą 200 WON-ów (a przed reformą 10 tysięcy WON-ów).

Cudzoziemcy nadal nie mają możliwości używania WON-ów podczas wizyt w KRLD. Dokonano jednak zmian na korzyść obywateli północnokoreańskich, którzy nie mogąc kupować bezpośrednio za obcą walutę, musieli najpierw wymieniać ją na rodzimą. Wcześniej istniał oficjalny przelicznik (1 euro równe 180 WON-om) i jego druga wersja, dotycząca jedynie obywateli KRLD otrzymujących pieniądze z zagranicy (1 euro równało się tu 3500 WON-om). Był to tymczasowy środek zastosowany przez rząd KRLD w celu szybkiego nabycia obcej waluty podczas kryzysu. Teraz ta druga wersja przelicznika została wyeliminowana.

Podczas reformy, kilku urzędników ministerstwa gospodarki popełniło błędy, zwłaszcza przy dostosowywaniu Systemu Publicznej Dystrybucji. Ów System zapewnia każdemu obywatelowi KRLD, bez wyjątku, bezpłatne zaspokojenie wszystkich podstawowych potrzeb (mieszkanie, ubrania, ryż, mięsoitp.). Każda dzielnica w każdej miejscowości posiada spis wszystkich mieszkańców i co tydzień obywatele udają się do punktu Systemu Publicznej Dystrybucji, by podjąć przypadające na nich dobra. W wyniku pomyłki niektórych urzędników, podczas reformy zdarzały się przypadki pozostawania pojedynczych rodzin poza Systemem, co wywoływało spore zamieszanie. Winni niedbalstwa zostali ukarani wyrzuceniem z pracy w ministerstwie i obecnie muszą ciężko pracować w fabrykach, na polach i w kopalniach.

Reasumując: Nie doszło do żadnych egzekucji, rewolt czy destabilizacji. Miała miejsce reforma gospodarcza opierająca się na modelu socjalistycznym, podczas której niektórzy funkcjonariusze służby cywilnej popełnili niewybaczalne pomyłki w swej pracy. Zostali usunięci z zajmowanych stanowisk i ukarani. Pozostałe sensacyjne "doniesienia" są pożałowania godnym przejawem niechęci mediów do weryfikowania źródeł, gdy w grę wchodzi pogoń za zyskiem.

***

Archiwum

czyli co było aktualne w:


lipcu 2010
czerwcu 2010
maju 2010
kwietniu 2010
marcu 2010
lutym 2010
styczniu 2010
grudniu 2009
listopadzie 2009
październiku 2009
wrześniu 2009
sierpniu 2009
lipcu 2009
czerwcu 2009
maju 2009
kwietniu 2009
marcu 2009
lutym 2009
styczniu 2009
grudniu 2008
listopadzie 2008 i wcześniej

Powrót do:
Aktualności