banner
 Start   Aktualności   Dokumenty
 Brzask
 Galeria
 Świat
 Historia
 Forum
 Kontakt
 Linki 

Prywatyzacja

Z dotychczasowych doniesień dotyczących, sprzedaży stoczni w Gdańsku i Szczecinie, wynika iż „Katar dobił Grada”. Dotychczas nie wpłynęły pieniądze ze sprzedaży stoczni „zakupionych” przez katarskiego inwestora, nieznanego na polskim rynku inwestycyjnym. Nie pomogła wizyta premiera Tuska w Katarze. Pieniędzy, jak nie było, tak nie ma.

W schyłkowym okresie Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej ileż było narzekań, iż ZSRR wykorzystuje Polskę. Dzisiaj natomiast przywrócone przez „Solidarność” kapitalistyczne władze wyprzedają wszystko to, co zostało zbudowane olbrzymim wysiłkiem mas pracujących Polski Ludowej. Ciekawe, że rządy solidarnościowe nie mogą się poszczycić podobnymi osiągnięciami. Mało tego! Wszystko wystawiono na sprzedaż. Lecz gdzie są pieniądze z tych sprzedaży?

Kolejni premierzy ciągle szukają inwestorów dla stoczni, związki zawodowe protestują w obronie owych stoczni, niekiedy pod hasłami „precz z komuną”, którą przecież obalali, a której w Polsce nie było. Fundując sobie tym samym kapitalizm. W tych warunkach polski przemysł stoczniowy jest skazany na zagładę.

Pełen optymizmu Donald Tusk kreuje się na polityka ery internetu, lecz złośliwi wolą określać go mianem „wirtualnej odmiany premiera”. Wirtualność kojarzy się z komputerową nowoczesnością, lecz nie w przypadku premiera. Wirtualny znaczy również: pozorny, złudny. Sposób sprawowania władzy przez premiera polega zaś na tym, iż składa on obietnicę znalezienia inwestora dla polskich stoczni, udaje się w tej sprawie do Kataru, gdzie ma pertraktować o sprzedaży tychże zakładów, Chociaż z tych pertraktacji nic nie wynika, żąda, by uznawano je za rzeczywistość. Tusk, oprócz szukania inwestorów dla stoczni, składał też inne obietnice, których nie dotrzymał: refundacji In vitro, wprowadzenie euro przed rokiem 2012. Wydawać by się mogło, że widzimy premiera, a to tylko wirtualne widmo, wytwór zaawansowanej technologii.

Natomiast szanowna komisarz do spraw konkurencji – Neelie Kroes – kluczy w swych decyzjach dla polskich stoczni. Wszyscy powtarzają mantrę, iż niczym nie zawinili w sprawie upadku przemysłu stoczniowego. Kolejnych premierów i ministrów należy obwiniać nie tyle o daremne poszukiwanie inwestorów, lecz o uleganie szantażom solidarnościowych związkowców oraz oszukiwanie społeczeństwa.

Produkcja statków i ich wyposażenia odbywa się obecnie w Azji. Największym producentem statków na świecie jest Korea Południowa, która kontroluje 40 % udziałów w światowym rynku i posiada pięć największych stoczni świata. Na drugim miejscu plasują się Chiny (33 % udziałów) i Japonia (18 %).1 Z tego łatwo jest wyliczyć, iż wymienione kraje kontrolują 91 % udziałów w światowej produkcji stoczniowej. Natomiast europejski (a zatem i polski) przemysł stoczniowy przegrał w globalnej konkurencji. Niemcy – stojący najwyżej w stoczniowych rankingach kraj Europy – nie mają nawet jednego procenta udziałów w budowie statków na świecie. W wielu państwach europejskich po prostu zrezygnowano z utrzymania coraz bardziej nierentownego przemysłu stoczniowego. Dawne morskie potęgi: Szwecja i Anglia, już nie budują statków, a dawne stocznie zastąpiono apartamentowcami. Natomiast największy w Europie koncern stoczniowy, norweski Aker Yards, został przejęty we wrześniu 2008 roku przez koreański koncern STX i w ten sposób Koreańczycy opanowali światową produkcję statków. Proces ten nie odbywał się przecież z dnia na dzień. Koreańczycy zaczęli rozbudowywać swój przemysł stoczniowy od lat 80-tych ubiegłego wieku.

A co robili w tym czasie polscy stoczniowcy? Zajęci byli walką o obalenie ustroju Polski Ludowej i przywrócenie kapitalizmu. Polscy stoczniowcy potrafią demonstrować, walczyć o prawa człowieka, „obalać komunę” i... nic poza tym. Polskie stocznie są zacofane technologicznie i budują najprostsze konstrukcje z możliwych. Mimo to otaczane są nimbem świątyń narodowych, których załogi przyniosły Polsce „upragniony kapitalizm i demokrację”. W obecnej sytuacji w Polsce nie będą budowane żadne statki, niezależnie od tego, czy Grada powali Katar, czy rządzić będzie wirtualny premier Tusk lub nie mniej wirtualny Kaczyński, Piskorski i Pawlak. A nawet gdyby zmartwychwstał Gierek (aczkolwiek za Gierka stoczniom powodziło się najlepiej), to niczego już by nie zmieniło. Powtarzane zapewnienia, że gdy Katarczycy zapłacą, to w Gdyni i Szczecinie budowane będą statki do przewożenia gazu, są kłamstwem. Społeczeństwo powinno to zrozumieć.

Gdzie są nasze pieniądze z prywatyzacji majątku narodowego? Wyprzedaż majątku narodowego nie jest w stanie załatać dziury budżetowej, jak pragnąłby tego rząd. Mimo to obserwujemy powrót do przeszłości o obliczu prof. Leszka Balcerowicza, byłego ministra finansów w rządzie UW i AWS. Neoliberalny rząd Donalda Tuska, postanowił sprzedać wszystko. Tak gigantycznych planów prywatyzacji państwowych spółek nie było od prawie 10 lat. Ministerstwo Skarbu Państwa planuje pozbyć się w ciągu 18 miesięcy, jak leci, ostatnich cennych przedsiębiorstw z tak zwanej listy spółek strategicznych. Na sprzedaż mają być wystawione przysłowiowe „srebra rodowe” branży energetycznej i chemicznej – KGHM, LOTOS, ENEA (dystrybutor energii dla 16 % rynku), Tauron (lider największej grupy energetycznej na południu kraju, kontrolujący 26 % rynku), Polska Grupa Energetyczna (strategiczny operator sieci przesyłowej, posiadający 29 % rynku), Grupa ENERGIA (jedna z czterech największych grup energetycznych w Polsce), Zespół Elektroenergetyczny Pątnów-Adamów-Konin (drugi, co do wielkości w Polsce producent energii elektrycznej z węgla brunatnego), GRUPA CIECH (lider europejskiego rynku chemicznego, z 3,5 miliardami złotych rocznego przychodu, jeden z czterech największych producentów nawozów sztucznych w Polsce), Warszawska GPW oraz m.in. kopalnia Bogdanka.

Prawdziwy wręcz historyczny skok na kasę może też dotyczyć już w nieodległej przyszłości emisji akcji banku PKO BP, a także PZU S.A. Po 28 sierpnia z PZU S.A. do Eureko mogą wypłynąć – w sposób absolutnie szkodliwy i niczym nie uzasadniony, w ramach dziwnej ugody Ministerstwa Skarbu z Eureko – prawdziwe, grube miliardy złotych z kapitału zapasowego PZU S.A. Warto wspomnieć, że sprzedaży dokonał rząd J. Buzka i AWS wspólnie z Unią Wolności, za podszeptem Balcerowicza.

Łącznie do 2011 roku ma zostać sprzedanych ostatnich 800 polskich przedsiębiorstw państwowych. Rzekomo ma to przyczynić się do załatania dziury budżetowej przynosząc państwu w 2009 roku 12 miliardów złotych, zaś w 2010 roku 25 miliardów zł. Jeśli te plany zostaną zrealizowane, Polska stanie się jednym z nielicznych krajów w Europie, a być może i na świecie, bez własnego systemu bankowego oraz energetyki. Nie wspominając już o utraconych wcześniej wartościowych przedsiębiorstwach branży spożywczej, handlu wielkopowierzchniowym, cukrowniach, cementowniach itd. Jedynym istotnym celem tych transakcji, jest pogoń za zyskiem dla nielicznej grupy kapitalistów polskich, powiązanych różnego rodzaju nićmi z globalnymi potentatami.

Wydawać by się mogło, że po wyprzedaży całego majątku polskiego, nasze społeczeństwo powinno dziś opływać w dostatki, a góra pieniędzy winna rosnąć i procentować wyższymi emeryturami, nowoczesną służbą zdrowia itd. Tymczasem jest dokładnie odwrotnie. Dług publiczny skarbu państwa stanowi obecnie wielokrotność tego z początku lat dziewięćdziesiątych – blisko 600 miliardów złotych. A mowa tu na razie tylko o długu wewnętrznym. Pojawił się ponadto ogromny dług zagraniczny, rzędu prawie 200 miliardów euro. Nasze społeczeństwo jest katastrofalnie wręcz zadłużone: wystarczy wspomnieć o długach z tytułów kredytów konsumpcyjnych w bankach (około 400 miliardów zł), posiadamy olbrzymie i stale rosnące zadłużenie na kartach kredytowych oraz 270 miliardów złotych zadłużenia w ramach kredytów hipotecznych. Nie maleje zadłużenie szpitali (40 mld euro!) ani sprywatyzowanych przedsiębiorstw, które zadłużyły się w bankach na około 226 mld zł. A przecież dziś nie mogą sobie pozwolić na nowe kredyty. Również sprywatyzowane komercyjne banki, należące do kapitału zagranicznego są zadłużone na sumę ok. 40 mld euro.

Gdzie się podziały w takim razie 83 miliardy złotych z tych rzekomo wielce udanych prywatyzacji? Czy przepadły w bezskutecznie łatanych, kolejnych dziurach budżetowych?

Największym skandalem prywatyzacyjnym współczesnej Europy i Polski okazał się program NFI, czyli tzw. program powszechnej prywatyzacji, gorliwie propagowany przez ówczesnego premiera Józefa Oleksego. Program ten przeciętnemu Polakowi przyniósł zysk rzędu raptem dwóch butelek wódki, bo na dobrą parę butów już nie starczyło. Natomiast firmy zarządzające tym programem zarabiały od 2 do 3 mln dolarów rocznie, bez względu na wynik swego zarządzania. Sprzedawano tanio, prawie za bezcen, wszystko. Bynajmniej nie ze względów ekonomicznych, lecz ideologicznych, bo to było „komunistyczne”, a więc nierentowne („molochy socjalizmu”). Jeśli dla uprawdopodobnienia tych transakcji powołuje się na oceny takich działaczy i polityków jak prof. Stanisław Gomółka (były wiceminister w resorcie finansów, zastępca Rostowskiego), iż sprzedawany majątek stanowi własność całego narodu, a poszczególne grupy społeczne, w tym związki zawodowe, nie mają prawa się temu sprzeciwiać to, jakim prawem przed sprzedażą tego majątku nie pyta się narodu w drodze referendum o zgodę na wyprzedaż?!

Polskie władze wywodzące się z tak zwanego nurtu „demokratycznego” i solidarnościowego są złymi gospodarzami, nie dbającymi o obywateli. Żadna prywatyzacja nie będzie wolna od błędów i przekrętów. Nie wyeliminuje deficytu budżetowego, spadku produkcji, ani kryzysu – nieodrodnych dzieci kapitalizmu.

Na przełomie lat 2000/2001 wyprzedano majątek narodowy z bankami na czele za kwotę 34 mld złotych. Wówczas wydawało się, iż jest to gigantyczna suma, ale nie uchroniła ona naszego kraju przed dziurą budżetową i kryzysem. Podobnie będzie i teraz, nawet gdyby miał się sprawdzić wielce optymistyczny scenariusz Ministerstwa Skarbu, iż uda się pozyskać z tej sprzedaży aż 36,7 mld zł w latach 2009-2010. Dziura budżetowa w resorcie Rostowskiego wyniesie i tak ok. 100 mld zł. Dobry gospodarz powinien zrobić przed sprzedażą rachunek zysków i strat. A przyszłość wcale nie rysuje się różowo. Kiedy już wszystko sprzedamy, pozbawiając się jakichkolwiek rezerw na przyszłość, to z czasem zmuszeni będziemy przekazać w prywatne ręce Zamek Królewski w Warszawie, Kolumnę Zygmunta, Wawel, Wielkie Jeziora Mazurskie, Śląsk z jego „czarnym złotem”, być może nerki polskich obywateli... W końcu będzie usiłował sprzedać się rząd z Tuskiem na czele. Tylko, kto go będzie chciał kupić?


FŁK


1) Dane na podstawie „Pomorskiego Przeglądu Gospodarczego” (2/2009).